Miękka faja ze mnie. Totalnie miękka faja! Dlatego minęła zaledwie dziewiąta rano, a ja właśnie kończę szorować piekarnik. Co więcej, w kolejce czeka już tylko upstrzona malinowym sosem lampa.
Tak, ja też przez chwilę zadawałam sobie to dość oczywiste pytanie: JAK?, aż przypomniałam sobie, że odpowiedzialnym za ów sos był mały Anders. I wierzcie mi, jest to w pełni wyczerpująca odpowiedź na wszelakie jak w kwestii robienia wokół siebie syfu. Śmiem wręcz twierdzić, iż to arcydzieło przy suficie jest zaledwie namiastką jego prawdziwych możliwości.
Współczuję dziewczynce, która w przyszłości odważy się z nim zamieszkać!
Znacznie bardziej zastanawia mnie zatem, na jakiej „mądrej” zasadzie to właśnie ja zyskałam wątpliwą przyjemność uprzątnięcia tego bajzlu – pragnę bowiem zauważyć, że jestem tu najniższa i prawdopodobnie najmniej wygimnastykowana. Wszak to nie ja jestem sportowcem czy tam innym fizjoterapeutą. Jestem za to urodzoną fajtłapą z dwiema lewymi nóżkami, które przez tych jełopów mogę sobie lada moment połamać. - oraz dlaczego nie powiedziałam im od razu, co o tym kretyńskim pomyśle sądzę.
No dobra, przy tym drugim punkcie obstawiam, iż wepchnęli mi to zadanie zanim zdążyłam napić się kawy. A ja bez kawy to zapewne zgodziłabym się nawet iść budzić naszą Śpiącą Królewnę w tradycyjny, bajkowy sposób. Bynajmniej nie dlatego, że marzą mi się jakieś buziaki z małoletnim, przerażającym Norem. FUJ! Ja po prostu bez porannej dawki kofeiny nie kontaktuję z otoczeniem.
Oczywiście istnieje też całkiem spora szansa, że ich najnormalniej w świecie nie słuchałam.
No sorry, mam spędzić z tymi stworami-potworami jakieś dziesięć albo i więcej dni. Gdybym miała skupiać na nich uwagę i przyswajać sobie te dyrdymały wydobywające się w ich ust, to po powrocie do domu musiałabym zainwestować w naprawdę porządnego psychologa.
Chociaż, jak widać, może zaoszczędziłoby mi to połamania sobie wszystkich kończyn.
Problem w tym, że kiedy już się do czegoś zobowiążę, to później jest mi po prostu głupio się z tego wykręcać. No chyba, żeby serio chodziło o jakieś bajkowe budzenie pana śpiocha. Bądźmy poważni! Na szczęście wizja przetrącenia sobie kręgów szyjnych jest mniej traumatyczna niż całowanie Lindvika, więc kiedy piekarnik już lśni i pachnie, gramolę się niezdarnie na kuchenny blat. Jakże by inaczej, przy czyjejś ochoczej pomocy!
Tia, gdyby serio chciał pomóc, to by mnie wyręczył, a nie pcha łapy, gdzie nie trzeba!
Odwracam się zatem pośpiesznie, gotowa powiedzieć delikwentowi, gdzie może sobie te rączki wsadzić, ale zamiast Toma widzę nieśmiało uśmiechniętego Sandera. Dukam więc tylko jakieś głupie 'dziękuję' i mam szczerą ochotę pierdyknąć sobie w ten mój durny łeb, bo za cholerę nie wiem, co się w nim właśnie odwaliło. Na szczęście po chwili wszystko wraca do normy, a ja słyszę to radosne: 'Nie martw się. Jak coś, to cię złapię' zakończone, pomimo mojego piorunującego wzroku, wymownym uśmieszkiem.
Tak panie fizjo, po prostu o niczym innym, kurna, nie marzę, jak tylko znaleźć się w końcu w twoich ramionach!
Dureń jeden!
Pech, że przy mojej wręcz powalającej koordynacji ruchowej jest to opcja aż nadto prawdopodobna!
„Sleigh bells ring, are you listening?
In the lane, snow is glistening
A beautiful sight, we're happy tonight
Walking in a winter wonderland”
[Macy Gray; Winter Wonderland]
Nie spadłam!
Dziękuję, też jestem z siebie niezmiernie dumna. I nieważne, że ciągu tych kilku chwil odprawiłam chyba wszelkie możliwe modły, a moje napięte niczym struna mięśnie dostały w kość znacznie mocniej niż przez poprzednie ponad dwie godziny pracy. Liczy się tylko to, że lampa przestała przypominać chore na różyczkę ufo, a ja mogę w końcu bezpiecznie wrócić na ziemię. Jedynie przy niewielkiej pomocy eriksenowej dłoni. Doprawdy nie wiem, czy mu się telefon rozładował, w kiblu utopił czy co, ale trzeba przyznać, że jest z dzieciaka dużo większy pożytek, kiedy nie spędza połowy życia z nosem w ekranie.
W każdym razie: SKOŃCZYLIŚMY! Znów widać wszystkie blaty, czuć zapach kawy i cynamonowej świeczki, a na stole stoi już taca pełna wyczarowanych przez Olafa kanapek. Można zatem wreszcie usiąść na dupie i zjeść śniadanie, a przynajmniej można by było, gdyby pewien osobnik nie upieprzył większość krzeseł malinowym sosem. Się znaczy teraz są już czyste ale niestety wciąż mokre. Pewnie najprościej byłoby je wytrzeć, ale ponieważ bardziej chce mi się jeść niż myśleć, obieram sobie za siedzonko tomowe kolana. Pan fizjo wygląda na lekko zaskoczonego, ale najwyraźniej nie planuje jakoś wybitnie protestować. Szamiemy więc sobie nasze pyszne kanapeczki, słuchając lecącej w radiu piosenki i patrząc na wirujący za oknami śnieg.
Wciąż nie dociera do mnie, że jutro Wigilia. Pierwsza w moim życiu, której nie spędzę z rodzicami i Akselim. Nie będę kroić z mamą szynki ani doprawiać po kryjomu sałatki ze śledzia. Nie zobaczę radości taty na widok kolejnego obciachowego swetra z reniferem od babci. Nie usłyszę po raz milionowy, że życzą mi jakiegoś fajnego adoratora, co mój ukochany braciszek, który przecież sam najczęściej ściąga na mnie to nieszczęście, spuentuje: byle nie Norwega! A przede wszystkim nie zasnę w swoim starym łóżku, niczym mała dziewczynka otulona kołdrą oraz ucałowana na dobranoc przez mamę i tatę.
Czy muszę mówić przez kogo?
W tym momencie w kuchni pojawia się Lindvik, który łaskawie postanowił się w końcu obudzić – na szczęście sam i bez żadnego bajkowego wspomagania. Ewentualnie w tej bajce zamiast pocałunku księcia jest esemes od Forfanga. No cóż, jaka bajka taki książę... - ale najwyraźniej zapomniał się przebrać oraz uczesać. Patrzę więc z rozbawieniem na tę rozczochraną sierotę w piżamie w mikołaje, która staje przed ekspresem do kawy i ma minę mniej więcej taką, jak ja trzy kubki temu. Tyle że mi ona znika po pierwszej dawce kofeiny a jemu tak jakoś nie bardzo. I nagle dociera do mnie, że Tom prawdopodobnie miał rację. Może nie jest to wymarzone towarzystwo do spędzenia Świąt, ale chyba lepsze takie niż żadne. Przecież, nawet gdyby udało mi się wrócić do Lahti, i tak nie przeżyłabym tych wszystkich chwil z rodziną. Siedziałabym zamknięta we własnym mieszkaniu i nie miała nawet na kogo ponarzekać.
Nie pytajcie! Nie mam bladego pojęcia, jakie prochy dosypali mi do tej kawy, ale musiały być pieruńsko mocne! Podobnie jak te, które dali mojemu szefowi, skoro uznał, że kogokolwiek na świecie, a już na pewno w Finlandii, zainteresuje świąteczno-zimowe wydanie norskich małolatów!
Oszalał chłop na stare lata!
- Zbieramy się? - mówię więc do Olafa, chociaż mój pełny brzuszek wolałby się raczej rozłożyć wygodnie na kanapie niż brykać wśród śniegu, ale na zewnątrz robi się zbyt ładnie aby przebimbać ten czas.
- A gdzie idziecie? - interesuje się Marius i najwyraźniej zbyt mocno skupia się na nadaniu zaczepnej dwuznaczności temu pytaniu, bo nie zauważa, jak mu pomidor zwiewa z kanapki. Dobrze że gacie od piżamy ma w tym samym kolorze, to nie będzie widać wielkiej, czerwonej plamy.
- Szef chce, żebym porobiła wam jakieś zimowo-świąteczne zdjęcia, więc porywam kolegę na małą sesję – tłumaczę, podając sierocie serwetki. Chociaż jak tak dalej pójdzie, to reszta dodatków też mu zaraz zdezerteruje z tego chleba.
- Ja też chcę!
Aha! I może jeszcze frytki do tego?
Ja rozumiem, że szef chciał ŚWIĄTECZNO-zimowe wydanie, ale śmiem wątpić, że chodziło mu o rozczochranego, niedogolonego – chociaż aż dziw, że toto musi się już golić – gamonia w upierniczonej pomidorem piżamie w mikołaje. Serio, już ja się lepiej prezentuję po wstaniu z łóżka.
Poza tym: chcieć to ty se, dziecko, możesz. Ja też bym chciała wiele rzeczy. Poczynając od przebudzenia się z tego koszmaru z wami w roli głównej! Żebym nigdy w życiu nie usłyszała, że szanowny pan Johann André Forfang jest, kurna, pozytywny! Toż to brzmi jak najzwyklejsza w świecie herezja!!!
- Znajdziesz nas...
Albo i nie.
OJOJ!
„Later on, we'll conspire
As we dream, by the fire
To face unafraid, the plans that we've made
Walking in a winter wonderland”
[Macy Gray; Winter Wonderland]
Nigdy nie byłam miłośniczką pozowanych zdjęć. Nie no, fajnie jak się ktoś do ciebie uśmiechnie, pomacha albo zrobi zabawną – zabawną a nie durną, durnych to wśród skocznych fot jest aż nadto – minkę. Ok, sesyjne zdjęcia są ładne. Możesz wybrać sobie tło, warunki, odpowiednie ujęcie, a przede wszystkim modela. Nie oszukujmy się, znacznie łatwiej pstryknąć coś fajnego takiemu Olafowi czy innemu Wellingerowi niż na przykład Mariusowi, który nie raczy się nawet ogolić – może do niego też jeszcze nie dociera, że już musi to robić - czy łba sobie umyć. Całe szczęście, że skoki to sport zimowy, ale co począć, jak taki delikwent wpierniczy się niespodziewanie na podium i każą mu czapkę zdjąć? Że już o tym, co z tym niechlujnym koprem na gębie zrobić nie wspomnę! A jednak znacznie bardziej wolę użerać się z takimi nietuzinkowymi paszczakami, niż cykać najprzystojniejszych modeli świata. Jeszcze by mi, nie daj panie, jakiego Forfanga wepchali. Chociaż przy tym jego nowym imidżu, to się chyba bardziej na żula spod sklepu nadaje niż na pięknisia-modnisia z rozkładówki.
W każdym razie chodzi o to, że pozowanym zdjęciom po prostu czegoś brak.
Widzisz tylko to, co fotograf chce ci pokazać. Zakłamany uśmiech albo sztuczne łzy, oszukane piękno lub udawaną brzydotę. Idealne kadry do cna wyprane z realnej historii i autentycznych emocji. Bo emocje – szczególnie te w sporcie – wcale nie muszą być śliczne. Nawet te szczęśliwe. Wystarczy, że są prawdziwe.
Pozowane zdjęcia są perfekcyjne ale nie mają w sobie tej magii uchwycenia chwili. Ulotnej i niepowtarzalnej. Wybuchu nieposkromionej radości u sportowca, który zdobywa złoty medal. Czy śmiechu dorosłego faceta, do którego dociera, że właśnie podskoczył ze strachu niczym mała dziewczynka za sprawą rudej, puchatej kulki kicającej sobie między gałęziami tuż nad jego głową.
- Bardzo zabawne – rzuca niby z oburzeniem mój „model”, otrzepując sobie ostentacyjnie czapkę.
- Wystraszyłeś się wiewiórki – wciąż chichram się jak głupia na wspomnienie jego przerażonej miny. Normalnie jakby z tego drzewa miał spaść jakiś krwiożerczy troll a nie śliczne, małe, rudofutrzaste zwierzątko. - Taka malutka była – dodaję, pokazując palcami. – Jak Krafcik.
- Jakby mi Kraft latał nad głową, to już na pewno bym padł na zawał. - Prycham tylko głośno, dając mu jasno do zrozumienia, co sądzę o żartach z mojego ulubieńca, po czym znów wybuchamy śmiechem.
Skłamałabym mówiąc, że nie podoba mi się ten czas spędzony tylko we dwoje. Nawet jeśli pomimo grubych rękawiczek powoli tracę czucie w palcach, a śnieg miejscami jest tak wysoki, że zapadam się w nim po uda i nie umiem z niego wyleźć. Nie wspominając już lepiej o tym, jak boli mnie ryjek od permanentnego uśmiechu ciągnącego się od jednego zmarzniętego ucha do drugiego.
Skłamałabym mówiąc, że nie podoba mi się...
STOP!
Asta debilko, podejdź ty do pierwszego lepszego drzewa i przywal w nie z całej siły łbem, bo coś ci tam ewidentnie w nim nie styka.
Na szczęście nie muszę stosować aż tak drastycznych metod, bo mój towarzysz szczerzy się nagle tajemniczo i zaczyna zbliżać do mnie ze zdecydowanie zbyt podejrzaną miną.
- Teraz moja kolej – stwierdza uradowany swoim wybitnie absurdalnym pomysłem i wyciąga ochoczo łapki po mój sprzęt. Najwyraźniej zupełnie niezrażony zabójczym wzrokiem i zdegustowaną miną, którą zwykle serwuję jego kolegom a nie jemu. Jeśli istnieje bowiem coś, czego nie lubię bardziej od pozowanych zdjęć, to właśnie pozowania do nich. Nie bez powodu trzymam się tej strony obiektywu.- Głupota, żeby taka ładna dziewczyna kryła się za aparatem. - ŻE CO PROSZĘ? Naprawdę cieszę się, że panuje siarczysty mróz i już dawno strzaskał mi policzki, bo obstawiam, że moja twarz prezentuje się obecnie mniej więcej tak jak lindvikowa, kiedy gada przy mnie o gaciach Forfagna. Wróć! Kiedy gada przy mnie o czymkolwiek! Chyba wolę myślę, iż to efekt nieśmiałość wobec kobiet a nie kolorki wywołane bielizną Johanna. - Mogę się założyć, że wasi czytelnicy będą woleli popatrzeć na fajną laskę niż jakiegoś przeciętnego skoczka z Norwegii.
Przeciętnego? Przepraszam bardzo, czy on mówi o swojej karierze, zgrywa uroczego skromnisia, żebym zaprzeczyła, czy po prostu nie ma chłop w domu luster? Przeciętnym to można nazwać Sandera, w przypływie jakiejś dobroci dla zwierząt może nawet Mariusa, oczywiście o ile się wykąpie, uczesze, ogoli i po żadnym, ale to żadnym pozorem nie będzie się psychopatycznie uśmiechał! Stojącego przede mną faceta bynajmniej do przeciętnych bym nie zaliczyła. W sensie nie to, żeby mi dech zapierało na jego widok – to już prędzej od tych całkiem ładnych perfum czy tam innej wody po goleniu – albo kolana miękły. Bez przesady. Jest po prostu całkiem przystojnym gościem. Szczególnie jak na Nora.
- Zapomnij, przystojniaku – rzucam, starając się brzmieć lekko i zaczepnie, a przede wszystkim odzyskać panowanie nad sytuacją, bo naprawdę zaczynam się czuć jak sierota Lindvik. Swoją drogą, ilość odniesień do tego małolata dobitnie świadczy o tym, jak to norskie towarzystwo mi szkodzi. - Umowa była jasna: ja zajmuję się robotą, a ty szczerzeniem do aparatu. Reklamacji nie przyjmujemy.
- Zdradzić ci sekret? - słyszę po chwili tuż przy swoim uchu, a on niespodziewanie kradnie kolejne centymetry wolnej przestrzeni między nami. Z jednej strony mam ochotę się wycofać, uciec przed tym, do czego najwyraźniej zmierza ta rozmowa. Tyle że już zdążyłam trochę poznać ten las i wiem, że jeden głupi krok na ślepo może skończyć się wywrotką na jakiejś gałęzi albo wpadnięciem w dziurę pełną śniegu, z której oczywiście on będzie mnie musiał wyciągać. Poza tym jest jeszcze ta druga strona, która najwyraźniej lubi takie zabawy i lekki dreszczyk emocji. Albo i nie lekki! Tylko idiotka flirty z Norwegiem nazwałaby czymś lekkim i tylko idiotka takowych by się podjęła! No cóż... - Szczerzę się do ciebie, nie do aparatu.
Przestrzeń między nami znika już zupełnie. Czuję jego place, które delikatnie odgarniają niesforne kosmyki z mojego policzka – pewnie przy okazji przekrzywił mi czapkę – i widzę duże, niebieskie tęczówki, wędrujące od moich oczu do ust, jakby czekając na pozwolenie.
Polubiłam go. Podoba mi się.
Ale...
- Znalazłem was!
Podskakuję do góry niczym mój towarzysz za sprawą wiewiórki kilka czy może już kilkanaście minut temu. Po czym odwracam się w stronę Mariusa, do którego chyba dociera, że pojawił się ciut nie w porę, bo tradycyjnie buraczeje aż po same cebulki miejmy nadzieję umytych już włosów.
No nie da się ukryć, że pan Lindvik to ma zajebiste wyczucie czasu.
*****
Coraz gorzej mi to idzie :(
Za błędy przepraszam, ale obawiałam się, że kolejne przeczytanie tego skończy się usunięciem całego tekstu

No dobrze, to byłam dziś grzeczna, wszystko zrobiłam co zrobić miałam, to teraz czas na trochę przyjemności i braku powagi. Zobaczymy jak się rozłoży ten komentarzyk, czy napiszę jednym ciągiem, czy na kilka dni, ale liczy się, żeby wszystkie pociski na co po niektórych ująć ładnie i wyszczególnić. To znaczy na tych co tu są, bo tych których nie ma, to wykorzystajmy, że gdzieś ich nie ma, skoro już nawet z lodówek i pralek są obawy, że wyskoczą (w pralce mógłby go Lindvik zastąpić, proszek do prania sprawie niweluje poziom tłuszczu na czuprynie). Bo ja sobie myślę, że raczej bezpiecznie mogę się zachwycać Astą i Olafem, jeśli się zrobi tak tyci tyci romantycznie (jakkolwiek może być romantycznie, gdy Forfiś jest w promieniu jakiś stu kilometrów kwadratowych), bez obaw że to Tandozmorka - bo raczej tak byś go dzieciakiem nie nazywała. Może i to to najstarsze nie jest, nawet od naszego drogiego Krafcia młodsze, ale jakoś... Ten termin, że bahorek, bardziej mi się z takimi co z kontynentala nie wyleźli kojarzy, więc coraz bardziej stawiam, że to ten Robin. W Twoim stworzenie typie urody, więc... Zostańmy przy tej wersji (a potem jednak wyjdzie, że skoro Tande jest wszędzie to w tym opowiadaniu też musi być i przypał gotowy xD). Dobra, mniejsza. Norowirusy przybywam was porozgryzać.
OdpowiedzUsuńTakie to niby groźne, człowiek myśli że przeżyje prawdziwe niebezpieczeństwo bliskiego kontaktu pierwszego stopnia, a tymczasem szoruje piekarnik. Ja się jej w sumie dziwię, że to robi. Zagnać towarzystwo, jeden gąbka, drugi ściera i sprzątać po sobie. A brudne gary do doczyszczenia zawlec Forfisiowi na górę. Rękawiczki niech ubierze, maseczkę i też łapy pomęczy i się na coś przyda, a nie tylko jak typowy norski troll wyjada wszystko co mu pod drzwi podsuną. Swoją drogą już myślałam czy Asta nazywa małego Andersa dziewczynką (bardziej Parówek w poprzednim wcieleniu mi zawsze dziewczynkowato wyglądał, choć ciągle mniej mnie to przeraża niż obecna mieszanka mafiozy sycylijskiego i oklapłej jajecznicy - bo tak bym obecnie podsumowała jego twarz). Ale nie, to tylko sugestia, że mały kiedyś z jakąś zamieszka. No cóż, nawet Norowirusy dojrzewają i wiecznie nie zostają z mamusią. Natomiast malinowy sos mi się bardziej z Lindvikiem pokojarzyć. Taki wampirek w wersji dla ułomnych, który pluje pestkami z malin. Jaki kraj tacy krwiopijcy, nic dodać, nic ująć. Powinien wystąpić w jakiejś parodii parodii Zmierzchu, a nie tylko do Shreka nawiązywać, choć ja ciągle mówię, że wcale nie przypomina Artura, tylko tego lorda, którego zeżarł smok.
Ale niech Asta uważa, granice żartów istnieją. Brakiem kofeiny można dużo usprawiedliwić, ALE CAŁOWANIE LINDVIKA TO JUŻ NIE. Chyba, że naprawdę skoro znaleźliśmy się w bajkowym światku, założymy, że to ropuch, który przemieni się w pięknego księcia. W sumie ropuchy są całe w śluzie, co by tłumaczyło tą jego czuprynę i mają czasem minę psychola, zwłaszcza gdy wyciągają jęzor, co by muchę złowić. Ale osobiście nie wiem czy bym się zdecydowała, nawet jakby ów książe miał mieć posturę Krowiaczka, po metamorfozie :P
Zainwestowanie w psychologa po kontakcie z Norami to też kiepska idea. Bo potem psycholog będzie musiał sam iść do psychologa, ten do kolejnego, w końcu włączymi i psychiatrów, potem oddział zamknięty. I Norowirusy się staną pandemią choroby umysłowej. Więc kategorycznie nie należy ich słuchać, idź Ty serio kobito po kofeinę, bo każdy kolejny pomysł masz głupszy (mocniej norski) :P
Jak zleci i oni jej będą kręgosłup usztywniać to naprawdę nie będzie wesoło. Taki Lindvik jakby go wysłali na lekarza to z pewnością by wybrał ortopedię, ma w oczkach taki zapał, żeby wziąć młotek i rozwalić komuś kości. Inna inszość, że ma też pokraczność, więc pewno pierwsze by sobie w buźkę trzonkiem pieprznął i do kompletu afery z zębem mądrości, mielibyśmy wybitego siekacza. W sumie wtedy by musiał jeść papki typu kaszka dla niemowlaków, a nie maliny i by już nie mógł pluć pestrami. Choć ostatnio przy kasie w Biedrze była promocja, ze taki kleik ryżowy plus pampersy. A aż strach pomyśleć jak Nory mogłyby paczkę pampersów wykorzystać. Cóż... Ale lepiej jakoś patologicznie już niż dosłownie. Niech one się nie rozmnażają. Znając pech tego świata w ostatnim roku zaraz by Forfiś strzelił pięcioraczki czy jakaś podobna zagłada świata. Nie, ziemia zniesie efekt cieplarniany i dziurę ozonową, ale pięciu nowych parówiątek już nie.
UsuńChore na różyczkę ufo xD Dobra, to była idealna definicja przestrzeni życiowej zamieszkałej przez te stwory. Ale niech ona nie żartuje lepiej z nich i chorób zakaźnych. Jeszcze się okaże, że na przykład Lindvik nigdy ospy nie miał, złapie i będzie mu trzeba krosty na fioletowo smarować i łapki związać, co by się cholera mała nie zadrapała, bo serio do tej miny psychola i tłustowłosia jeszcze tylko blizn i dziur po wysypce brakuje. Swoją drogą, może on po prostu lubi tłuszcz? Jako dziecko cały był tłusty, potem został skoczkiem, więc sadełko na brzuchu czy fałdka na udku odpadły, więc została mu ta feralna sierść na której szłoby rosół zrobić. Patrz. Nie obrażając dobru jakim jest rosół - chyba właśnie doszłyśmy do gorszej jego formy niż ten szczurowiewiórczy rosół bez rosoły. Jak człowiek chce to zawsze co nieco wymyśli.
Pyszne kanapeczki. Ona każdym słowem tego Olafa już wychwala. A sos malunowy to serio zaraz się okaże, że nawet do majteczek Forfisia jakimś cudem się zdołał dostać. Przynajmniej maliny ładnie pachną. Niech mu tylko nie dadzą ryby na wieczerzę przyrządzić, bo gnijąca ryba skóra w lampie serio już za wesoło nie brzmi i ufo z różyczką to by było dla niej bardzo, bardzo łagodne określenie. A zapach wędzonej ryby jest tak straszny, że w sumie wolałabym już siedzieć na kolanach Tande, niż na krześle, które może mi tą woń na ubrania przenieść. Nie jedno można o tym patogenie powiedzieć, ale trzeba mu oddać, że przynajmniej nie śmierdzi makrelą. Makrela to chyba najobrzydliwsza ryba swoją drogą, taki Lindvik oceanu.
CYNAMONOWE ŚWIECZKI!!! Ranyyyy, oddajcie mi Boże Narodzenie, a nie tą fuuu wiosnę, kiedy nie ma świeczek, grzańca i nawet Norowirusów do kpin na ekranie. Choć swoją drogą jak będzie letnia olimpiada w lipcu to mnie już serio, serio nie zdziwi jak przez pomyłkę realizator wyświetli zdjęcie Tande podczas nie wiem? Skoków synchronicznich do wody? Jeździectwa? Zapasów? W sumie pooglądałabym skakajców na macie do zapasów, na jakąś wagę piórkową by byli jak znalazł. Pewno niektóre psycholki by się całkiem dobrze zabawiły, nawet nie trzeba by za ochraniacz na zęby płacić skoro już i tak nie mają zębów. I gryźć by nie mogły, tylko co najwyżej sepleniące dziąsła wbijać. Tak z nawiązaniem do tych pampersów i innych dziecięcych akcesoriów. Może dla niego gryzaczek. Mam nadal swój ukochany z czasów niemowlęcych, pomarańczową świnkę z kokardką na ryju. Pasowałoby mu jak ulał, żeby chodzić z takim w buźce. Do pary do zezujących psychooczek. Mogę pożyczyć, będę dobra i zlituję się nad potrzebującym, nawet jeśli to Nor xD
Frytki do tego xD Ej to lepsze niż gryzaczek, może nawet. Albo do pary, on z gryzaczkiem, a Forfisiowi włożyć w usta dwie długie fryty i niech robi za mamuta w wersji dla ubogich. Cóż, wysłał szef biedną dziewczynę na pożarcie to niech ma takich modeli do sesji świątecznej na jakich sobie sam zasłużył. Pomidor, maliny... Oni coś ewidentnie lubią kolor czerwony. Skoro noszą czerwone piżamki to w sumie logiczne, podobne upieprzać podobnym.
Choć przypomniał mi się nie wiem czemu teraz ten Misiek w elfowych rajtuzach i jak z Miśkiem to była przednia beka... To błagam lepiej niech mój mózg nie kontynuuje wizji w wersji Norskiej. Choć mogliby zrobić jasełka. Forfiś wół, Lindvik baran, malinowy chlopiec za osiołka... No przynajmniej kilka ról idzie godnie obstawić i wystawić jakiejś lokalnej dzieciarni (albo łosiom w lesie, w sumie bezpieczniej :P).
UsuńPstryknąć innemu Wellingerowi. No proszę, kobieta się kawy napiła i od razu gada od rzeczy. Taka miła, profesjonalna sesja krówci w drewnianym domku (mówiłaś, że tam będzie wątek sauny i jacuzzi) to by było zdecydowanie to. Zwłaszcza, że jak ustaliłyśmy Krówcia sam nie powinien sobie robić zdjęć, bo ten Wietnam czy inna Kambodża co to była, nam wyjdzie, więc profesjonalny fotograf, który wie ile powinno iść na instagrama, tu na wagę złota. Ale dobra, bo chyba niekoniecznie chcesz mieć zagraconego bloga uwagami o Króweńce i różnych stopniach jej negliżu, nie? Zwłaszcza, że pora jeszcze całkiem przyzwoita (w sumie może nawet zaraz sobie plik na tą Króweńkę (akurat bez negliżu :P) przerzucę). Swoją drogą dobrze, że żadna z was o nim teraz nie pisze, bo moje komentarze w chwilach naukowego otłumanienia, mogłyby się skończyć w psychiatryku, łamanym przez więzienie za demoralizację potencjalnych nieletnich, którzy wbiją na blogspoty.
Dobra, bajki tu nie będzie choć mamy ropuchy i inne karaluchy. Bo co to za baśń w której książę na białym rumaku się boi wiewiórki. Panie Olafie, wstydź się, toż to najpoczciwszy zwierz tego świata. Pogłaskać, nakarmić, a nie piszczeć jakby co najmniej Lindvika w kostiumie primabaleriny zobaczył xD
I końcówka. Lindvik na Syberię staje się całkiem łagodnym hasłem. Bo miało być uroczo, a tu zjawia się taki norski chochlik? Może zazdrosny :P Tak czy owak hallo, podglądać niedoszłe parki zza świerka czy innej sosny to może Krafciu. Krafciowi się wszystko wybaczy, nawet przejechanie kurczaka. A takiemu co nie musi żadnego przejeżdzać bo sam wygląda jak przejechany drób to już inna inszość (choć bardziej taki gulgoczący indor niż kurczak xD). W każdym razie ma wyczucie braku chwili. Naprawdę niech mu ta wiewióra na łeb skoczy (chciałam napisać żeby mu co innego na łeb zrobiła, ale są jakieś granice bycia niemiłym, nawet wobec Norowirusów :P).
W każdym razie niech to opowiadanko się wydłuża i wydłuża, bo ja się tu cieszę jak głupi do sera. A Lindvik na kwarantannę z Forfisiem, w szopie zamknąć, trollową owsiankę dać, a panu Olafowi rozgrzać tchórzliwe serduszko (nietandełowe, bo to nie Tande. Swoją drogą Tande chyba jakiejś odżywki do włosów na bazie miodu używa, tak ostatnio wyglądają). Przymykam się już. Serio ludzie KOMENTUJCIE AICE NORY, BO NIE MOGĘ TU TYLKO BYĆ JA I MÓJ POTOK ŻENADY.
Buziaków sto i dobrego cyderku na MŚ <3