Last Christmas, I gave you my heart
But the very next day, you gave it away
This year, to save me from tears
I'll give it to someone special
[Wham!; Last Christmas]
Zaszczep się, mówili. Zaszczep się, a świat wróci do normalności.
No to posłuchałam. Trzy razy nawet, bo po pierwszych dwóch wciąż zdarzały się takie anomalie, jak drugi konkurs w Klingenthal, kiedy to pięciu Norwegów wryło się w top six, a ja latałam wśród nich z aparatem w ręce i bananem na ryju, jakby mi co najmniej jednej klepki brakowało.
Bo przecież kibicowanie Norom jest takie zajefajne i całkowicie normalne! Aha!
Mogłabym wam nawet wskazać kradzieja-winowajcę – i niechaj was przypadkiem nie zwiedzie jego mina, bo chłopaczyna bynajmniej nie wygląda, jakby mu coś w tej łepetynie przybyło – ale tak się jakoś niefortunnie złożyło, że pan kradziej-winowajca zdobył właśnie olimpijskie złoto.
ZONK!
Ja przepraszam bardzo, ale tak ma niby ta normalność wyglądać? Nowa chyba jakaś i mocno pierdolnięta! Lepiej było w egzorcystę zainwestować a nie jakieś szemrane szczepionki, co to człowiekowi DNA na miłość do leśnych trolli próbują przeprogramować.
I powiem wam, że teraz to ja już zupełnie nie wiem, czy można tak paluchem na Mistrza Olimpijskiego pokazywać i jeszcze go o kradzież rozumu posądzać. W sumie w ogóle nie wiem, jak z takim stworem-potworem a'la Mistrzem Olimpijskim postępować. Że niby od teraz wolno już tylko z szacunkiem i pełną powagą?
No błagam!
Gdyby to się chociaż o Johanssona czy innego Tande rozchodziło. Wiadome, jeden gburek z naprawdę dziwnymi zajawkami a drugi chodzące nieszczęście, ale jakiś tam respekt i szacuneczek zdołali sobie przez te wszystkie lata wypracować. Jakby nie było, kawał solidnej kariery za nimi. Właściwie to już z Forfangiem byłoby chyba ciut łatwiej, chociaż nie przeczę, że byłoby mi bardzo smutno, gdybym już nigdy nie mogła się z kadrowej zakały ponabijać. Na szczęście lub nieszczęście, Johann po raz kolejny postanowił zostać królem czegoś zupełnie innego niż skocznia narciarska i przywdział złotą koronę. Mawiają, że nic dwa razy się nie zdarza, a tu proszę... Johann André Forfang jest jedyny w swoim rodzaju i wszystko potrafi.
Dla jasności, bardzo mi gościa szkoda, bo to jednak impreza czterolecia zrypana przez kilka kichnięć i jakieś bzdurne, chińskie przepisy.
Problem w tym, że nowym norskim Mistrzem Olimpijskim nie został Johansson, Tande, Forfang czy choćby Halvor Egner Granerud – zwany powszechnie Gołodupcem, więc obawiam się, że z tą powagą mogłoby być równie do dupy – ale Marius Lindvik. Sirota kojarząca mi się głównie z ufajdaną pomidorem piżamą w mikołaje, niedogoloną facjatą o wyrazie dalekim od inteligencji oraz niedomytym łbem. Ewentualnie z gaciami Johanna. I to głównie dlatego, że o innych aspektach tamtych Świąt związanych z panem Lindvikiem bardzo, ale to naprawdę bardzo staram się nie pamiętać.
Na przykład tego, jak oberwałam od niego piłką i skończyłam z wybitym barkiem. Mówię wam, funkcjonowanie wśród samych facetów z niemal całkowicie niesprawną prawą ręką było mało zabawną przeprawą. Szczególnie przebieranie się. I o ile jeszcze na początku miałam złośliwą satysfakcję ze speszenia oraz ognistych rumieńców gamonia, kiedy za karę musiał mi pomagać, o tyle następnego dnia już nawet to zostało mi odebrane. Durniowi się zachciało w Kupidyna bawić i zadośćuczyniać nam swoje wyjątkowo niefortunne wyczucie czasu – pamiętacie? Ja, Olaf, śmieszki z wiewiórki i ewidentnie zapowiadające się buzi buzi, aż tu nagle bum: Marius wyłazi zza drzew. Ostatnie akty mojej romantycznej opowiastki sprzed roku - przywlókł więc z lasu najpopularniejszego pasożytniczego wiechcia i uwiesił nad kuchennym blatem. Sprytne, nie? Dokładnie tak sprytne i mądre jak Marius Lindvik, który sobie niestety nie przekalkulował, że wieczorami to głównie on tę kuchnię okupuje, przyrządzając swoje piekielne drinki. Mogłabym więc chyba z dumą dziś rzec, że pocałowałam Mistrza Olimpijskiego... Ale nie! Wciąż uważam, że to była zbyt wysoka cena jak za głupiego grzańca.
A jakby tego było mało, następnego ranka ten niedospany młotek z – jak już wcześniej ustaliliśmy – wyjątkowo niefortunnym wyczuciem czasu wpakował mi się do sauny. W sumie ze mnie to jakieś wybitnie wstydliwe dziewczątko nie jest, a w saunie wiadomo, że nikt w kożuchu nie siedzi. Gdyby więc ładnie poprosił, to bym się po prostu w ręczniczek zawinęła i co najwyżej od czasu do czasu z tych jego dziewiczych pąsów ponabijała. Jednak najwyraźniej dzieciak miał już wystarczająco dość docinków kochanych kolegów na temat sytuacji z jemiołą, ewentualnie aż tak mu się mój widok nie spodobał, że zwiał w podskokach, mało mu ręcznik z bioder nie zleciał.
Ogólnie sami teraz widzicie, dlaczego nie dałam rady dokończyć tej świątecznej historyjki sprzed roku. Toż to miało być urocze romansidełko o mnie i Olafie – powszechnie znanym jako Robin Pedersen - w klimacie ośnieżonych alp i ckliwych pioseneczek typu All I want for Christmas. Tyle że po takich doświadczeniach to, wierzcie mi, każdemu by się romansów odechciało! Jemioła i Lindvik w saunie to murowany przepis na zmianę orientacji.
A tera weź tu i traktuj takiego gamonia z honorami należytymi Mistrzowi Olimpijskiemu.
Świat oszalał i to wcale nie przez covida, ale przez istnienie Norwegów!
A crowded room, friends with tired eyes
I'm hiding from you, and your soul of ice
My God, I thought you were someone to rely on
Me? I guess I was a shoulder to cry on
[Wham!; Last Christmas]
- Co ja tu robię? - Tak właściwie zadaję sobie to pytanie od ładnych kilkunastu, albo i kilkudziesięciu już minut, ale ponieważ kończę powoli pierwszy kubeczek grzańca, w którym tradycyjnie więcej jest malinówko-wiśniówko-lindvikówki niż wina, wypowiadam je w końcu na głos.
Może i w trakcie ostatniego roku miałam co nieco więcej styczności z tymi stworami-potworami – zdecydowanie więcej niżbym tego chciała - ale nielegalne zakradanie się do Wioski Olimpijskiej i to na chińskiej ziemi, żeby świętować z nimi mariusowy medal, to jest naprawdę ostre przegięcie. Nawet jak na tę nową normalność. Jak się tu zaraz zjawi cała chińska armia i mnie aresztują... To ja się w sumie nawet jakoś bardzo nie zdziwię, bo moje zadawanie się z Norami zawsze, ale to zawsze źle się kończy. I chociaż do owych pamiętnych Świąt niemal zawsze winowajcą bym Forfang, to teraz tak trochę się to pozmieniało. Pokazałabym wam przez kogo, ale wciąż nie ustaliłam, czy wolno tak paluchem w Mistrza Olimpijskiego celować.
Szczególnie że pan Mistrz Olimpijski gra sobie właśnie z Tande w ping-ponga przy użyciu desek do krojeni i czegoś, co chyba kiedyś było jabłkiem. Natomiast po drugiej stronie stołu dzielnie dopinguje ich Bing Dwen Dwen – czytaj: olimpijska panda otulona czymś, co chyba zakosili z mojej choinki – w objęciach Halvora. A ja tylko z przerażeniem patrzę, który z nich jako pierwszy wywinie potrójnego tulupa na tych walających się po całej podłodze konfetti, czy jak to się tam zwie.
Niby Håre tu nie ma, a syf jak za jego najlepszych dni w domku.
W każdym razie, jak się już chyba zdążyliście domyślić, jestem ostro w tyle za tą całą imprezową ferajną. Musiałam bowiem wcześniej ogarnąć zdjęcia z zawodów i sklecić jakiś względnie mądry tekst, a przede wszystkim obmyślić sposób dostania się tutaj bez aresztowania już na bramie. No i oni to się chyba raczą jakimiś dziwnymi, chińskimi trunkami, a ten grzaniec to tak specjalnie dla mnie. Milusio, nie powiem, byle już bez dziwnych, zawyżonych opłat.
- Udajesz, że wcale nas nie lubisz – mówi siedzący obok mnie na kanapie Robin i obejmuje ramieniem. To tak w kwestii MILUSIO. Eh przystojniaku, gdyby nie ta tłustowłosa sirota vel świeżo upieczony Złoty Medalista, to kto wie, jakby się ta nasza historyjka potoczyła. - A prawda taka, że po skoku Mariusa cieszyłaś japę bardziej niż jakby wygrał Aalto czy któryś z tych twoich niby nowych ulubieńców.
A bo ja wam chyba nie powiedziałam najlepszego motywu mojej obecności na tych Igrzyskach. Tak się bowiem składa, że jestem tu jako Przedstawiciel Medialny Słoweńskiej Federacji Narciarskiej. Taki trochę śmieszek, ale Finowie nie bardzo byli w stanie ogarnąć mi jakiejś medialnej przepustki, z Norwegami od bidy mogę pić, ale do przywdziania ich barw nikt mnie nigdy nie zmusi, więc choć raz w życiu przydał mi się - notabene wybrany dla beki i po pijaku - wkuwany na studiach słoweński. No bo hallo, mówimy o Igrzyskach Olimpijskich, gdyby było trzeba ohajtałabym się z Kraftem, byleby tylko tu przyjechać!
- Akurat ciebie lubiłam od początku – rzucam, pozostawiając bez komentarza moją rzekomą radość z lindvikowej wygranej i to jeszcze niby większą niż przy złocie mojego rodaka czy ulubieńców. Się znaczy Słoweńcy moimi ulubieńcami zdecydowanie nie są, ani nigdy nie będą. Dobra, może Timi odrobinkę, ale tak tylko tyci tyci. W każdym razie: no błagam, on chyba nie zna moich możliwości. Jakby Antti wygrał, to darłabym się głośniej niż taki Eisenbichler po swoich udanych skokach.
I dla jasności: nie, nie planuję z nim flirtować. Wiem że ma dziewczynę, przepłaciłam tę informację – i to w wersji całuśno-instagramowej – bardzo, ale to naprawdę bardzo solidnym kacem. Plus kolejnym traumatycznym widokiem Mariusa w samym ręczniku. W sensie, bez żadnych podtekstów czy coś, po prostu schlałam się u niego w pokoju hotelowym i rano byłam zmuszona „odwdzięczyć się” za saunę, kiedy biedak brał prysznic. Powiedziałabym, że nie było to przyjemne dla żadnego z nas, ale muszę przyznać, iż fakt, że sirota wylazła do mnie – owijając się ręcznikiem, który mu rzuciłam na drzwiczki wbiegając do łazienki – żeby związać mi włosy, cobym ich sobie nie obrzygała i podać kubeczek wody z płynem do ust było gestem jakiejś nadzwyczajnej dobroci dla zwierząt. Albo raczej żałosnych idiotek, żeby zwierzaczków nie obrażać.
- A wiesz, że ja ciebie też – z tych wyjątkowo dziwnych wspomnień wyrywa mnie śmiech Robina.
Tak właściwie to nigdy nie zastanawiałam się, które z nas dało sobie spokój z tymi świątecznymi romansami. Założyłam, że to ja i ochoczo obwiniłam Lindvika i jego kretyńskie pomysły. Jednak prawda jest taka, że i Olaf - lubię go sobie jeszcze od czasu do czasu tak nazywać – po powrocie z tamtego spaceru nieco się wycofał. Zaczął mnie traktować bardziej na stopie przyjacielskiej i nawet nie próbował wrócić do tego, do czego wtedy między nami nie doszło. A ja nie wpadłam na pomysł, żeby zapytać dlaczego. Bo jakoś ciężko mi uwierzyć, żeby chodziło mu o pana śpioch-tłustowłosa vel Mistrza Olimpijskiego. Chyba tylko świr wpadłby na pomysł, że pomiędzy mną a tym dzieciorem mogłoby się coś dziać. Obstawiam więc, że bardziej chodziło o moją pokręconą relację z Tomem.
Tyle że teraz to nie jest już ani miejsce ani czas na takie dyskusje czy choćby rozważania. On jest szczęśliwy z Fridą, a ja... Mi jest dobrze tak jak jest. Bez żadnych pseudo miłosnych problemów z przedstawicielami tego dziwnego narodu.
Na szczęście w tym momencie pojawia się Halvor i bezceremonialnie wpycha się między nas na kanapę, a że przy okazji ma dla mnie nowy kubeczek cieplutkiego, pachnącego grzańca, protestować nie planuję.
- Dość tych amorów, bo ktoś będzie zazdrosny.
Merry Christmas, I wrapped it up and sent it
With a note saying, I love you, I meant it
Now I know what a fool I've been
But if you kissed me now, I know you'd fool me again
[Wham!; Last Christmas]
- Aresztują mnie. Aresztują albo ześlą na Sybir, jak się ktoś dowie, że nie tylko tu przylazłam, ale jeszcze u Was spałam.
- Śpisz z Mistrzem Olimpijskim, więc nie marudź. - Halvor chyba dostrzega moją zdegustowaną tymi słowami minę, bo wybucha śmiechem. - Nie martw się, spałem z nim przez większość sezonu. Jest grzeczny i nie chrapie. W sensie spałem z nim w jednym pokoju. A idź ty już myć te zęby, co?
Chciałabym jutro widzieć, jak oni będą skakać na tych treningach. To znaczy będę to widzieć, o ile mnie nikt nie aresztuje i jak dam radę wstać. Muszę jeszcze tylko wymyślić, jak przekonać Słoweńców, że powinnam iść na dekorację medalową, w której żaden ich przedstawiciel nie będzie brał udziału.
Czy ja już wam mówiłam, że świat oszalał? I że ja oszalałam, że muszę koniecznie iść zobaczyć, jak na szyi Mariusa Lindvika zawisa złoty medal?
EGZORCYSTY, BŁAGAM!
- Te, panie mistrzu, suń się pan – mówię chwilę później, kiedy z czyściutkimi już ząbkami i w jakiejś granerudowej koszulce chcę się położyć spać. Niestety małolat rozwalił się w najlepsze na całym łóżku i chyba za chwilę pozostanie mi podłoga. Ewentualnie przytulanki z jakimś Halvorem łamane przez Tande łamane przez Robinem, bo ich łóżka są jakąś połową tego, które przypadło w udziale małoletniego gamonia. Widać nie tylko ja miewam chody w dostawaniu najlepszego pokoju.
- Lubię, jak mówisz do mnie panie mistrzu, nawet jak robisz sobie ze mnie jaja. – O kurde, w mordę jeża! Oto chyba najdłuższe i najbardziej składne zdanie, które ten dzieciak kiedykolwiek do mnie wypowiedział. W dodatku nawet za bardzo się przy tym nie czerwieniąc. Ależ ten sukces zmienia człowieka! Ewentualnie zdecydowany nadmiar alkoholu.
- Dobranoc, panie mistrzu – rzucam z rozbawieniem i przytulam się do niego.
Jak już mówiłam, nadmiar alkoholu zmienia człowieka. Ale mi to ten alkohol chyba w szczepionkach podali!
- Ty, ale czemu ja śpię z tobą, a nie na pustej kanapie w salonie?
***********
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz