Jaki miałam straszny sen! No mówię wam, tragedia w trzech aktach!
Śniło mi się, że pojechałam z Norami na skoki do Engelbergu, a kiedy mieliśmy wracać, okazało się, że TAKIEGO WAŁA! Bo szanowny pan Forfang postanowił zabawić się w króla – bynajmniej nie przestworzy ani nawet skoczni – i przywdział najpopularniejszą w tym roku koronę, przez co...
Oh, wait!
Czyli, że to wcale nie był sen? Naprawdę utknęłam na Święta w jakimś szwajcarskim lesie z bandą norskich trolli? W dodatku łeb mi nawala po tych wczorajszych lindvikowych trunkach, w których to chyba więcej było malinówki, wiśniówki czy innej ówki niż zwykłego, porządnego wina. Chętnie bym powiedziała, że te stwory-potwory to nawet głupiego grzańca zrobić nie potrafią, ale o dziwo – naprawdę wielkie dziwo zważywszy na autora receptury – całkiem smaczne toto było. Tak, też jestem w szoku!
No i to by było na tyle, jeśli chodzi o pozytywy minionego wieczoru. Chyba was rozczaruję, ale niestety nie odkryłam w sobie jakiejś wielkiej, nieopisanej miłości do Norwegów ani nie pożałowałam, iż do tej pory tak skrzętnie ich unikałam. Nic z tych rzeczy! Może udało nam się przeżyć ten wspólny czas bez większych ofiar w ludziach – mam nadzieję, że łepetyna tego małego blondasa regeneruje się równie szybko, co poddaje alkoholowemu upojeniu - ale wciąż uważam, że ta nacja to zło wcielone i zdecydowanie mi lepiej bez nich. Szkoda tylko, że przez najbliższy tydzień mam raczej marne widoki na to.
Sięgam zatem po telefon i wchodzę na redakcyjnego maila.
Niby mam wolne – nie będę pokazywać palcem dzięki komu – bo w Finlandii, a śmiem nawet twierdzić, że w całym cywilizowanym świecie, raczej mało kogo obchodzi, co taki Forfang czy inny Lindvik zjedzą na wigilijną wieczerzę. Poza tym, ja to zdecydowanie wolę schować się za aparatem i uwieczniać emocje niż tworzyć kretyńskie clickbaity w stylu: 'Johann André Forfang zadławił się ością z wigilijnej ryby. Czy to koniec jego kariery?' albo 'Marius Lindvik złamał ząb na szczęśliwym migdale w świątecznym puddingu. Czy zamiast walki o Złotego Orzełka czeka go dentysta i długa rehabilitacja szczęki?'. Po tysiąckroć: odpukać! Jak się jednak obrało taką ścieżkę życia, to chyba wypada ogarniać, co w tym sporcie piszczy. Nawet jak się jest na durnej kwarantannie. A piszczy całkiem sporo, bo tak się składa, że dziś wieczór Lahti gra jeden z najważniejszych w sezonie meczy hokeja. Na którym oczywiście miałam być: pocykać zdjęcia i zarobić co nieco pieniążków.
Także ten: serdeczne dzięki, Forfang!
Przysięgam, że jak zacznę przymierać głodem, to sprzedam jego foty. Najbardziej kompromitujące, jakie tylko znajdę. Rzekłabym, że najlepiej takie rodem z pisemek dla pań... panów?... ale po pierwsze: takowych na pewno u siebie nie znajdę. Po drugie: mam spore obawy, że ten picuś-glancuś nie tylko przystałby na taką sesję, ale jeszcze zaprosił do współpracy jakiegoś Graneruda. A o ile z przerażeniem, ale nie wątpię, że znaleźliby się jacyś szaleńcy gotowi zapłacić za ten iście paskudny widok, tak ja niestety nie posiadłam jeszcze umiejętności robienia zdjęć z zamkniętymi oczami. Także nie, za żadne skarby świata!
Przeglądam pobieżnie wiadomości. Głównie pytania, czy będę na meczu, od naszych zawodników i kolegów po fachu – eh, żeby tak w skokach niektórzy KOLEDZY PO FACHU interesowali się moją obecnością na konkursach, a jeszcze lepiej na jakimś piwku/kolacji/randce po – ogółem nic ciekawego, ale dociera do mnie, że przecież my ten mecz gramy z jakąś norską drużyną. Ciekawe zatem, czy któryś z mych współtowarzyszy interesuje się tym sportem. Byłoby całkiem miło mieć kompana do darcia japy na telewizor – albo raczej komputer – i przeżywania tych wariatów śmigających na łyżwach za głupim krążkiem. W dodatku Lahti jest zdecydowanym faworytem, więc wiecie...
Mała rzecz a cieszy.
Snow is falling all around me
Children playing having fun
It's the season of love and understanding
Merry Christmas everyone
[Shakin Stevens, Merry Christmas Everyone]
Schodzę na dół i staję jak wryta. Kuchnia lśni, a wolę nie mówić, w jakim stanie zostawiliśmy ją te kilka godzin temu. Rządek czystych naczyń suszy się obok zlewu, a na czyściutkim stole leżą czerwone serwety w bałwanki. W powietrzu unosi się zapach świeżo parzonej kawy i tlącej się gdzieś niedaleko cynamonowej świeczki. Pośród tego wszystkiego, podśpiewując sobie pod nosem lecącą w radiu piosenkę, krząta się trzeci z małolatów, a w dłoniach trzyma wielką tacę kanapek. W dodatku ma na sobie kuchenny fartuszek z Olafem oraz wymownym napisem 'I like warm hugs!'. Zagryzam mocno wargę, bo nie jestem pewna, czy ten obrazek bardziej mnie bawi czy jednak rozczula.
- O! Mam nadzieję, że cię nie obudziłem – rzuca zmieszany i ścisza muzykę. Jakby to teraz mogło jakkolwiek pomóc. - Przepraszam, nie pomyślałem... Chłopaki mają raczej twardy sen. - Ta, słyszałam. Szczególnie o Lindviku, którego z łóżka nie wyrwałaby nawet salwa armatnia nad uchem. Byłabym zatem ostrożna w braniu ich za wzorzec zachowań normalnych ludzi.
- Spokojnie, na górze nic nie słychać – mówię i uśmiecham się o dziwo całkiem szczerze. Wolę nie przyprawiać tej dzieciny o zawał serca, skoro tak ładnie nam sprząta i jeszcze śniadanka robi.
- To super, siadaj. Już ci daję talerz. Musiałem trochę improwizować z tego co nam zostało, więc nie jest to może jakieś wykwintne danie, ale... - Yyy, nie bardzo wiem co powiedzieć. Bo, jakbyście przypadkiem nie zauważyli, ja to raczej przywykłam do wieszania psów na przedstawicielach tego durnego narodu, a tu wyskakuje taki gostek z moim ulubionym bałwanem na piersi i jeszcze się tłumaczy, że jeść daje. Zwariował czy jak? - Kawy czy herbaty? - Próbuję go przekonać, że nie mam dwóch lewych łapek i jeszcze umiem zrobić sobie sama pić, ale prawie obrywam ścierką.
Dziwny człowieczek. Naprawdę bardzo dziwny. Taki jakoś mało norsko-irytujący. W dodatku chyba odrobię starszy niż sądziłam i całkiem...
Stop, Asta! Kurna, stop!
Najlepsze, że ja wciąż nie mam bladego pojęcia, jak on się nazywa, bo szanowny pan fizjo wolał robić jakieś głupie insynuacje, a Lindvik próbował mnie spić, więc nie miałam już sił tego zgooglać. Także no... Umówmy się, że będę nazywać go Olafem. Tak dla podkreślenia, jakże uroczo prezentuje się w tym fartuszku.
Tak więc chwilę później Olaf stawia przede mną wielki kubek gorącej kawy – pominę, że są na nim jakieś zaserduszkowane reniferki – i siada naprzeciwko, a moją uwagę przyciąga niewielki herb Stali na jego bluzie.
Łohoho, zaczyna się robić naprawdę interesująco.
- To mój rodzimy klub – tłumaczy, dostrzegając mój zaciekawiony wzrok. - Mamy sekcję hokeja i chłopaki grają dziś super ważny mecz. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat doszliśmy do półfinału i chyba mamy całkiem realne szanse na finał... - Polemizowałabym! Tyle że ta duma i radość w jego głosie są tak przesłodkie... Ja pierniczę! Asta, idź ty lepiej sprawdź, czy nie zostawiłaś przypadkiem mózgu w sypialni! - Mamy najlepszego napastnika w lidze...
- A my obrońców – rzucam w końcu, próbując uśmiechnąć się wyzywająco. Chyba nie bardzo mi to wychodzi. To znaczy uśmiech jak najbardziej, ale niekoniecznie wyzywający, bo chłopaczyna jeszcze bardziej się rozpromienia.
- No proszę, mała Pelikanka! - To tak od Pelicans Lahti, w ramach wyjaśnienia. Jednak z tym mała to bym raczej uważała, panie małolacie. – To co, przegrany zmywa jutro naczynia?
Nienawidzę zmywać naczyń, ale raczej byłby obciach się teraz wycofać. Mam więc tylko nadzieje, że moje chłopaki dadzą dziś prawdziwego czadu na tym lodowisku, bo inaczej będę musiała związać Mariusa i Andersa, żeby się przypadkiem nie zbliżali bałaganiarze do kuchni. Ściskam więc wyciągniętą dłoń Olafa na znak zgody.
- Hej, Johann się pyta, czy zamówiliśmy płyn do prania, bo mu się czyste gacie koń... Ups, przepraszam! - Aż podskakuję do góry i nerwowo puszczam dłoń mojego hokejowego ziomka, kiedy w kuchni niespodziewanie materializuje się Lindvik z tym jakże poważnym problemem. Na szczęście na mój widok pąsowieje i robi tak głupią minę, że nawet ja nie mam czasu zastanowić się nad swoim durnym zachowaniem.
Spokojnie, dzieciaku. Nie sprawiłeś, że po raz pierwszy w życiu usłyszałam słowo gacie. Choć niewątpliwie te należące do Forfanga to prawdopodobnie ostatnia rzecz, o jakiejś chcę słyszeć i myśleć przy śniadaniu. Wróć! To coś, o czym nie chcę słyszeć ani myśleć kiedykolwiek.
- Możesz mu napisać, że zamówiliśmy. Taki do tkanin super delikatnych, więc się nie musi martwić, że mu się jego jedwabne majteczki zniszczą – mówię, na co biedny Marius czerwieni się jeszcze bardziej, a Olaf parska śmiechem w swój kubek z kawą.
To będzie ciężki dzień!
***
Wygraliśmy!
Odtańczyłabym teraz jakiś wygibaniec triumfu oraz radości, choć to drugie chyba prędzej z faktu, iż nie będę musiała zmywać tego syfu, który zostawiliśmy w kuchni. Jednak sytuacja wygląda mniej więcej tak, że leżę półżywa z łbem na kolanach Olafa i nogami na Tomie, a jedyne, na co mam siłę, to kilka wesołych klaśnięć w dłonie.
- Nie teraz, kochanie – mruczy pod nosem trenejro, który usnął w fotelu tak w połowie pierwszej tercji. Wymieniamy z chłopakami rozbawione spojrzenia, aż w końcu Sander nie wyrabia i wybucha głośnym śmiechem, całkowicie budząc biedaka. Tak na marginesie, ja naprawdę nie chcę wiedzieć, do czegoż to małżonka pana Vilberga zachęca go poprzez klaskanie. - O, skończyli już? Chyba na moment przysnąłem.
No więc tak właśnie się prezentujemy i to o godzinie – pozwólcie, że spojrzę na zegarek – dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt trzy! Co lepsze nie wypiliśmy ani kropelki alkoholu.
Także chyba znacznie ważniejszą informacją od tej, że Lahti Pelicans wywalczyło sobie finał Pucharu Północy w hokeja jest fakt, iż przeżyliśmy ten dzień i to bez żadnych strat w ludziach. A uwierzcie mi, w pewnym momencie nie było to wcale takie oczywiste. Dlatego proszę was, jeśli jeszcze kiedykolwiek odważę się powiedzieć, że Nory nie mają kretyńskich pomysłów, przypomnijcie mi chwilę, w której te stwory-potwory uznały, że bez ubierania choinki Święta się nie liczą.
I zanim znów zostanę nazwana jakąś dąsalską czy tam innym Grinchem – wypraszam sobie, jedyną osobą, która postanowiła ukraść nam Święta jest zakała Forfang – nadmienię może, że choinka była tutaj od samiutkiego początku. Stała sobie w kąciku koło kominka, a właściciele odwalili kawał dobrej roboty przy jej ozdabianiu. Tylko że później pojawiły się takie niewychowane, norskie trolle i wpadły na iście genialny plan! Trzeba biedne drzewko zmaltretować, pościągać z niego wszystko, co tylko się da, a później z powrotem to na nie powkładać. W większości dokładnie w to samo miejsce.
Logika godna Norwegów!
Dodam może jeszcze, że oni byli po treningu, ja po dość długim spacerze, a w kuchni czekało na nas pięć – tak, dobrze czytacie: PIĘĆ! - rodzajów ciast do upieczenia. Bo taką mają tradycję! No fajnie, rozumiem, ale to niech się może skupią na tym co trzeba, a nie pierdoły wymyślają! Szczególnie że to ich ubieranie wyglądało mniej więcej tak, że w pewnym momencie więcej bombek, łańcuchów i świecideł zdobiło Håre oraz Lindvika niż choinkę. Także naprawdę wątpię, czy jutro mogłabym was przywitać słowami, że wszyscy są wciąż cali i zdrowi, gdyby nie pan fizjo, który po prostu wyprowadził mnie z salonu.
Zaczynam sądzić, że jego głównym zadaniem w tej kadrze jest pilnowanie, coby mu nikt tej małolaterii nie pomordował za ich durne pomysły.
W każdym razie w ten sposób znaleźliśmy się w kuchni. Sami! Szkoda tylko, że ten norsko-austriacki przebieraniec nie martwi się równie mocno o własne życie, bo za to: 'no proszę, ten fartuszek jest dłuższy od tego czegoś, co ma udawać twoje spodnie' prawie stracił zęby. Nie wiem, czy powinnam wam prezentować cały przebieg tej rozmowy, bo bynajmniej nie była to dyskusja na jakimkolwiek poziomie, ale już trudno.
- Przepraszam bardzo, coś ci się w moich szortach nie podoba? - Nie wiem, czy zauważyliście, ale ja tak chyba lubię sobie sama podkładać te różne miny, bo oczywiście moje pytanie skończyło się szerokim i bezczelnym uśmieszkiem pana matoła.
- Wręcz przeciwnie. - DEBIL! - Po prostu się martwię, żeby ci za bardzo tyłek nie zmarzł i żebyś się nam nie przeziębiła. - Aha, spadaj! I łaskawie zajmij się swoim tyłkiem a nie moim! - Bo jak nam tu zaczniesz kichać i chrychać, to będziemy musieli cię zamknąć z Forfangiem. - Zaraz ciebie ktoś zamknie z Forfangiem, albo zarobisz wałkiem w łeb!
Nie zarobił tylko dlatego, że w tym momencie przywiało Olafa, który kręcąc głową z czymś na pograniczu rozbawienia oraz rezygnacji stwierdził, że zaraz zabraknie bombek na choinkę. Jak na potwierdzenie jego słów, dobiegł nas dźwięk tłukącej się ozdóbki i głośne 'UPS' Andersa.
- Zaraz tam któregoś z nich trzeba będzie powiesić – rzekł, co ja oczywiście spuentowałam tym, że miejsce bałwanów jest raczej w ogrodzie. Także znów wyszłam na wrednego, zielonego Grincha i jeszcze zostałam obsypana mąką.
Możecie sobie zatem wyobrazić, jak wyglądało – a raczej jak wciąż wygląda, bo byliśmy zbyt zmęczeni, żeby je choć odrobinę ogarnąć – to miejsce po kilku godzinach pracy. Tak z perspektywy czasu muszę chyba jednak stwierdzić, iż dobrze, że te dzieciaki zajęły się znęcaniem nad choinką a później odkurzaniem potłuczonych bombek, bo gdyby pomagali nam od początku, to śmiem wątpić, czy mielibyśmy gdzie przyrządzać kolejne posiłki.
Koniec końców, możemy chyba jednak ogłosić zwycięstwo.
Choinka dzielnie przetrwała tortury, a ja jako minimalistka, uważam, że ustrojona w połowę tego błyszczącego stafu prezentuje się nawet ładniej. Nie jestem tylko przekonana, czy właściciele podzielą moje zdanie.
W dodatku upiekliśmy z pięć ton ciast i ciastków o przeróżnych kształtach – bałwanków, choinków, gwiazdków, serduszków i innych takich – smakach i rodzajach. Nieważne, że taki Lindvik do tej pory ma pół gęby upaćkane różowym lukrem, a Håre od dwóch godzin marudzi, że go brzuch boli. No jak się zeżre pierdyliard gorących ciastek na proszku do pieczenia, to boli! Niestety Norwegowie nie umieją przewidzieć takich prostych zależności, miejmy więc nadzieję, że chociaż uczą się na błędach i na przyszłość dzieciak będzie wiedział, żeby nad sobą panować na widok słodkości.
Jedynym niewypałem okazała się migdałowo-makowa gwiazda, bo szanowny pan Sander Vossan Eriksen - zbyt zajęty lajkowaniem wszystkiego co możliwe na instagramie - nie zauważył, że już ktoś dodał miodu do masy i też dorzucił kilka łyżek, przez co wyszedł z tego jeden wielki ulepek. I to naszprycowany rodzynkami. FUJ!
Jak na sześciu facetów i jedną babę, która zazwyczaj w przedświątecznym pichceniu bardziej przeszkadza niż pomaga, chyba można uznać to za naprawdę duży sukces. Chociaż z takimi werdyktami może powinnam poczekać do efektów konsumpcji tychże wypieków. Poświętujemy, jak się nikt nie otruje. Plus taki, że te bardziej poważne posiłki dostaniemy od gospodarzy. Nam zostało jedynie upiec w wigilię szynkę i zrobić jakieś sałatki.
Jest więc spora szansa, że jutro o dwudziestej drugiej nie będziemy wyglądać jak banda zdechlaków.
- Nie wiem jak wy, ale ja się zbieram do łóżka – stwierdza Tom i z zupełnie nieznanych mi powodów jego łapy lądują na moich nogach. No dobra, wiem że uniemożliwiam mu wstanie z kanapy, ale można to było załatwić nieco inaczej. - Zabieraj te gołe nożyny. - Wypraszam sobie, mam zajefajne, puchate skarpety w pingwiny.
Vilberg idzie w jego ślady, dzieciarnia też się zaczyna zbierać, więc nagle zostajemy z Olafem sami. W dodatku jakiś pacan wyłączył światło, więc pada na nas jedynie lekka poświata z laptopa i choinkowych lampek.
Jest co najmniej dziwnie. Tylko brakuje, żeby mój komputer zapodał jakieś All I want for Christmas czy inne takie ckliwe badziewie.
- Pamiętam cię z moim pierwszych wygranych zawodów Pucharu Świata – mówi nagle chłopak, a mnie nieco zbija z tropu, bo raczej przywykłam do tego, że to ja kojarzę zawodników a nie oni mnie. A przecież ja zaledwie kilka godzin temu i to za pomocą listy startowej weekendowych zawodów odkryłam, jak on się w ogóle nazywa. - Wygraliśmy drużynówkę w Oslo i po grupowych zdjęciach wszyscy się rzucili do chłopaków a mnie, tak prawdę mówiąc, trochę zlali. Tylko ty podeszłaś, żeby mi pstryknąć fotkę... - Nie poryczę się, kurna nie poryczę się! - Aż ci chciałem te głupie kwiatki dać, ale zanim się zebrałem, to poleciałaś do Austriaków.
No cóż, bycie fanką Krafta zobowiązuje.
- Jestem za tym, żebyśmy powtórzyli to w tym sezonie. - Plotę, bo za cholerę nie wiem, co innego mogłabym powiedzieć. Nieważne, że moje szanse na przylot do Norolandii w marcu są równe zeru. Ze o drugiej części tego zadania już nie wspomnę. - I obiecuję poczekać na kwiatki, a nie latać za Stefanem – dodaję ze śmiechem. - Ale nie licz, że mnie chwycisz na te słodkie opowiastki, żebym ci jutro pomagała szorować kuchnię.
Najwyższy czas iść spać!
*****
Blech...

No proszę, proszę, norskie alkohole okazały się całkiem udane. Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie łączy ludzi jak alkohol. No i jak wspólny wróg oczywiście, ale to akurat chyba nie w tym przypadku XD
OdpowiedzUsuńUps, co to za sugerowanie Lindvikowi problemów stomatologicznych? XD
Jestem pewna, że ktoś kupiłby takie foty Forfanga. Wolę nie rozstrzygać jakiego typu człowiek by to był, ale jestem pewna że ktoś taki by się znalazł.
No dobra, to z kim ona te zakłady o mycie garów robiła? Chyba nie mam żadnego rozeznania w tej norweskiej młodzieży, to znaczy nazwiskami mogę rzucić, ale zabawa pod tytułem "dopasuj nazwisko do twarzy" to już by mnie przerosła. I swoja drogą ja myślę, że zauważenie Olafa jest to właśnie niewątpliwy efekt łączenia ludzi poprzez alkohol. Tylko w tym przypadku po prostu działanie zostało nieco opóźnione.
Rozwala mnie sposób prowadzenia narracji przez Astę: gada, gada, gada, "to przez Forfanga", gada, gada, gada, "zakała Forfang", gada, gada... i tak średnio co drugi akapit raczy go jakimś sympatycznym epitetem XD jakby ktoś jeszcze miał jakieś wątpliwości kogo to wina, że musi tam siedzieć w święta XD I wspaniale go sobie używasz, kiedy trzeba kogoś wybrać do najbardziej kompromitujących scen - choć w nich nawet nie występuje (patrz: płyn do prania XD).
Jezus Maria, a jak Olaf to Gołodupiec? Znaczy pojęcia ni mom, bo skąd mam wiedzieć, kto z Norwegów po raz pierwszy wygrał zawody w drużynówce, ale tak mi nagle przyszło do głowy. Skoro jest jednak starszy niż jej się w pierwszej chwili wydawało? Może to wina dzisiejszego konkursu. O, to może też być Tande, jak się już kierować tą logiką XD Nie no, nie wiem, ale ktokolwiek by to nie był, przedstawiasz go bardzo uroczo, także Asta jest usprawiedliwiona. Zwłaszcza w kwarantannie - człowiekowi się nudzi, to mu różne rzeczy do głowy przychodzą. A jak wiemy od Olafa, w czasach niecovidowych jakoś na niego specjalnej uwagi nie zwróciła. To znaczy obiektyw może i zwróciła, ale nie zapamiętała. Oj, co ta kwarantanna robi z ludźmi ;)
Buźki, Aia! :**
Dobra, nudny ten konkurs jak flaki z olejem, albo rozmowa z Murańką w TVP, więc sobie zacznę komentarzyk, bo czemu by nie. I w ogóle niech ta Twoja Asta tak nie marudzi, bo ja jej zazdroszczę niebywale, nie dość że ma grudzień i święta przed sobą, a nie luty, sesję i polskie gówienko, to jeszcze ten boski śnieg, alpejski klimacik i grzane wino czy też inny cydr. Ale dobra, bo widzę gołodupca na ekranie laptopa – wystaje mi sprytnie spod worda, więc wrócę do tematu przewodniego. Patrz, raz Nory zostały tematem, a nie odwracaczem uwagi. Ale w sumie… Wiesz, co jest paradoksalne? Jakoś mi je oswoiłaś. Tak jak jeszcze na początku sezonu na nich bluzgałam tak mocno, że tylko mój ‘ulubiony’ zawodnik z Azji, był bardziej znienawidzony, to obecnie w zasadzie (może poza Johannsonem, który serio mi się wydaje jakiś mega niesympatyczny z twarzy xD) to bardziej mnie śmieszą niż wkurzają – i jak Gołodupiec sam sobie podniósł notowania, wojną z pewnym cudownym narodem, to w przypadku lalusia, Tande ofermy i pana Ząbka-NieMądrości, to wyłącznie Twoja zasługa. Dobra. To teraz tak – najpierw na temat akapit po akapicie, a na koniec małe dochodzenie nad naszym Olafem. Konkretnie i do rzeczy :P
OdpowiedzUsuńStraszne sny się zdarzają jak wiemy i bywają prorocze :P Więc niech ona uważa, żeby się jej naprawdę nie zdarzył jakiś typu nie wiem Forfiś w saunie, w pełni okazałości – skąd inąd to nawet w slipkach by było traumatyczne, więc zostawmy gołodupcowi to co gołodupcowe i powiedzmy, że w tych slipkach. Albo, żeby nie wyszło, że się nad nim użala i za koszmar uważa fakt, że złapał covida. Ja czytałam, że w zachodnich krajach był pomysł, żeby z racji pandemii wszystkie studia na kierunkach medycznych skrócić o rok, więc mogłaby iść na pielęgniarkę, pielęgnować go czy robić mu inne zastrzyki w zadek (dobra, koniec z zadkami, zostawmy je serio takim co mają te zadki… Odwrotnie proporcjonalne do słowa BRZYDOTA). Co prawda wątpię, żeby ktoś był wirusododatki dwa lata, ale ta kadra jest specyficzna. Ja już nie mówię o żyle złota austriackich dentystów, ale choćby taki Tande, który złapał chorobę, która w 99% występuje w pierwszym roku życia. Więc czemu by Forfiś nie miał być wiecznym covidowcem. Na jej miejscu, gdyby to się równało sterczeniu lata w domku i piciu grzańca, to bym się pisała. Tylko kto by ją wtedy nauczył się obchodzić ze strzykawką? No przecież raczej nie Lindvik. Wyobraziłam go sobie właśnie w typowym stroju pielęgniarki z PRL z takim klasycznym czepeczkiem i… NIE, DZIĘKUJĘ XD
Oj nie Lindvik. Jak wlewasz mali-wiśnio-inne-ówki do grzańca, to jednak się nie polubimy chłopczyku. Grzaniec ma być na prawdziwym rasowym czerwonym winku, a nie jakieś wódkopodobne świństwa. Jeszcze tylko brakuje, żebyś piwa tam dolał, do głębi upadku szlachetnego trunku!
Ej, jakoś tam nazywa ich złem wcielonym, ale jakoś tak sympatyczniej i cieplej niż jeszcze dzień wcześniej. Jak to się mówi trzymaj przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Tym razem bez podtekstów, ale ja tam nie wierzę, że te święta skończą się bez podtekstów i ona z małą aureolką z tej Szwajcarii wyjedzie (jak Lindvik tak będzie wszystko miksował im noc po nocy to prędzej z małym gnomikiem – i to jeszcze niewiadomego pochodzenia z racji szeroko pojętej niepamięci. Niech wyżej wspomniana gwiazda barmaństwa wszystkiego na tą chirurgię szczęki nie wyda, bo jeszcze będzie płacił za szeroko zakrojone testy na ojcostwo. Dobra – to przerażająca wizja gnomikoinwazji świata, zostańmy może tylko przy testach na covida.
Johann Andre Forfang zadławił się ością z wigilijnej ryby xDD Ja ciągle mam traumę, po tym jak zobaczyłam go na insta przyrządzającego tą wigilijną rybę. Ale jak Asta chce pofotografować owo opcjonalne dławienie to albo muszą go spuścić na dół i pozwolić mu jeść kolację ze wszystkimi, albo ona musi wejść do niego, a potem nie wyjść aż nie stanie się negatywny.
Nie wiem, która opcja bardziej niebezpieczna. Epidemiologicznie, psychicznie i życiowo. A wątek zęba w świątecznym puddingu to czuję, że pociągniesz. W sumie można by połączyć te dwie rzeczy. Lindvik ukruszy kła, kieł wpadnie do puddingu wraz z migdałem, wybuchnie zamieszanie, a Forfiś pożre ten pudding – i mamy zespolenie dentysty i operacji gardła. Chyba zjedzenie mariusowego zęba, wywołałoby jeszcze większe problemy niż kość. A młody by się wkurzył, że wróżka zębuszka go nie odwiedzi, bo przecież nie wsadzi sobie pod poduszkę gardła czy tam żołądka Parówki. Ewentualnie przypomniało mi się, że jak byłam
Usuńmała to w świątecznych szopkach w kościele były takie aniołki i zwierzątka, które kiwały główką, jak im się wrzucało pieniążek do brzuszka. Można by zrobić odwrotną wersję – Forfiś plujący groszem jak się go pacnie w łeb :P Dobra – naprawdę już wracam do tematu, bo ten plik już ma stronę, a tematyka to serio taka totalna Murańka komentatorstwa. Albo borsucze gówno na krafciowym łebku, jak wolisz tak słodziej, żebyś trochę litościwie spojrzała. Na moją głupotę, na Parówkę nie musisz patrzeć litościwiej – jeszcze czego :P
Naprawdę doba z Norami, a już się w niej tyle sprośnych żarcików budzi. I wizja przekwalifikowania się na inny typ fotografii niż sportowa. NAPRAWDĘ ZŁA WIZJA. Przecież zdjęcia trzeba obrobić, filtry dodać… Czyli trochę na nie popatrzeć, albo nawet więcej niż trochę. Skojarzyło mi się jak mi zasłaniałaś disneyową wiewiórką jakiegoś pseudoauta, co by nie przeszkadzał podczas MŚ w Lahti w patrzeniu na Grega w saunie. To by było rozwiązanie ale raz nie wiem czy pisma dla pańÓW by na to poszły, a dwa gryzoń naklejony gołodupcowi w miejscu zadka… Nie wiem czy poziom komizmu nie wyleciałby już w kosmos. I załamki zarazem. Poza tym świat potrzebuje nieco szacunku dla gryzoni – to już ustaliłyśmy czyż nie? A powiązanie ich z łyżwami to też tu widzę pole dla wątku zębowego. Kurde, ile różnorodnych sposobów żeby je sobie wybił. Trzeba by napisać jakieś dzieło literackie ’50 zębów Lindvika’. Choć w sumie człowiek ma tylko 32 zęby, a jak komuś mądrości się dopiero wykluwają to jeszcze mniej. Ale kto bogatemu zabroni, możemy dodać forfisiowe, co by dopełnić do tej pełnej pięćdziesiątki.
I like warm hugs. Skoro ją to rozczula to dawaj dziewczyno, przytul go gorąco. Zawsze szansa, że ci się w rękach roztopi i będzie o jednego Nora mniej. A nie istnieje narzędzie zbrodni o nazwie ‘przytulas’, więc prawnie wszystko legalnie. Plus jak się uda to można to samo zrobić z lalusiem. On też jest bałwan przecież. Tylko że już w formie serio takiego bałwaniska, a nie słodziaka z Krainy Lodu. Dobra… Nie nazywam Olafa słodziakiem, jako iż wciąż nie wiadomo kto się nam pod tym terminem kryje i zaraz będę to odwoływać z upokorzeniem równym momentowi, gdy podczas nocnego konkursu w Sapporo stwierdziłam, że Tande nie jest taki brzydki. Matko Boska i wszyscy Święci jak dobrze, że już nie ma nocnych konkursów w Sapporo, bo naprawdę by trzeba za szeroko zakrojoną diagnostykę okulistyczną bulić, jakby to się powtórzyło. Ok, nie wolno sobie wypominać grzechów przeszłości, nawet tak ciężkich jak takie majaki senne xD
JA CIĄGLE NIE WIEM JAK ON SIĘ NAZYWA XDDDDDD Dobra, to mnie położyło na łopatki. Naprawdę ciężko go spytać o imię. Jakby się musiał przedstawić, to skoro ma tak mocną łepetynkę jak koledzy to przypomnienie sobie własnych danych osobowych zajęłoby mu trochę czasu i przestałby jej kawę czy herbatę robić, skoro tak ją to drażni, a przy okazji rozwiązałaby dość elementarną kwestię.
Pozwolisz, że nie skomentuję delikatnych majteczek Forfisia, zgoda? Niech uważają, bo jak się Asta wkurzy, iż jej takimi obrazkami zakłócają śniadanko, to gotowa jest im dosypać papryczki chili do tego super delikatnego płynu do tkaniny kluczowej dla losów reprezentacji Norwegii. I dopiero będą efekty. Ok…
To chyba dobry moment, żeby przypomnieć, że nie mogę pić, więc naprawdę piszę ten komentarz zupełnie trzeźwa. Choć może raczej powinnam dla własnych resztek godności, się bronić, że z trzeźwością nie mam nic a nic wspólnego? Raczej ta druga opcja bardziej na miejscu.
UsuńW kontekście trzeźwości – Asta też pragnę zauważyć jest zupełnie trzeźwiutka, zresztą to Finka, spirytus w powietrzu, te sprawy, głowy niczym zwykłe, przeciętne norskie dziecko nie straci. A i tak trzyma głowę na Olafie i super się z tym klaskającym stadkiem bawi. Cóż, jak mawiają – życie daje ci cytryny to zrób lemoniadę, a jak życie daje ci Nory… W sumie nie wiem – ZRÓB SOBIE NORA, trochę źle brzmi. I dwuznacznie, albo raczej jednoznacznie, ten wątek zresztą, już chyba rozwijałam w poprzednim akapicie.
Ale żeby tak bez polotu? Rozebrali choinkę i ubrali ją w to samo no kurde. KRAFCIU ZROBIŁBY TO LEPIEJ. Trzeba było jakiejś ciasteczka upiec na drzewko, ozdóbki ręcznej roboty (ok, mielibyśmy do zęba i Forfisia-skarbonki, jeszcze jakieś ucięte gnomowe paluszki do doklejenia, ale mówi się trudno), albo chociaż upieprzyć iglaka owsianką, co by jakiś element narodowy zawrzeć. A głupie kreatury nic, zgarnęły to co im Szwajcarzy po nosek podłożyli. No co za wygodnisie. Może jeszcze wygodną podusię i termoforek pod wielce wielmożne zadki?
Dobra, odkryła wreszcie jego dane osobowe, a że wiemy już że info z Oslo nie jest z życia wzięte -KRAFCIOFANKA TWORZY KRAFCIOFANKĘ NO O TYLE JEST :P – to czas na mini dochodzenie. Nie żeby ono miało być tematem przewodnim komentarza, a zostawiłam je sobie na pointę po dwóch stronach majaczenia, ale co poczniesz z własną głupotą? No nic – patrz sam Krafciu :P
Ok, to co wiemy poza tym, że kochasz Krafcia. Tak w punktach, bo inaczej nie przejdzie i znowu zacznę jakieś masło maślane.
1 = jest blondaskiem, dziecięca buźka, ale wiek już nieco, nieco bardziej przyzwoity. Pytanie co to znaczy.
2 = nie jest Forfisiem glancusiem-pięknisiem-lalusiem. Bo Forfiś jest zamknięty a on na wolności z kolanami gotowymi do złożenia na nich główki. Poza tym Forfiś sam by nie kpił z tak ważnej dla niego rzeczy, jak płyn do płukania slipek.
3 = nie jest Lindvikiem, o czym do tego rozdziału byłam przekonana, bo skoro miały być trzy małolaty, to on się wiekiem idealnie wpasował. I na początku tego rozdziału, nadal mi się idealnie komponowało – ostrzeżenie o słabej głowie Mariusa i zaskoczenie, że Olaf wcześnie wstał i już w kuchni. Ale no. Raz ona zna lindvikowe dane osobowe, dwa o roczniku 98 by raczej nie mówiła, że jest dojrzalszy niż myślała, a trzy – Lindvik nie rozmawiałby sam ze sobą o parówkowych gadkach, to by już dość mocna psychiczna dewiacja połączona z rozdwojeniem jaźni. Kurde – majtki forfajtki stają się moim głównym tropem tego komentarza.
4 = gołodupiec? W sumie pod własnymi danymi osobowymi jeszcze się nie pojawił, ale skoro rozważała zrobienie mu wątpliwej moralnie sesji zdjęciowej to znała jego nazwisko. Raczej nawet przy zupełnej ignorancji ciężko siedzieć na zawodach i nie skojarzyć nazwiska lidera Pucharu Świata. Choć skoro ryczała w prologu bo wygrał Estończyk… To może faktów tego sezonu też się nie trzymasz i on wcale liderem PŚ nie jest, tylko wozi zadek po COCu?
5 = Tande? No blondas. No buźka dziecinna, wiek trochę bardziej przyzwoity (starszy od Krowiaczka przecież, a Krowiaczek już mężczyzna, ale jest dwudziesta pierwsza, a nie pierwsza). No trochę lubi bulę klepać ni stąd ni z owąd, więc jego zesłanie do COCu jest całkiem realne. I ani razu nie jest tu wymieniony, nawet w formie oferty nagich zdjęć z Forfisiem. Tylko czy można kojarzyć Haare i… SORRY, NIE MOGĘ ZNALEŹĆ W TEKŚCIE JAK SIĘ ZWIE TEN DRUGI, a nie kojarzyć Tande. Niby przez to upchane Andre można go sforfisiować, straumatyzować i wyprzeć, ale teoria mocno naciągana.
Więc mam dwie opcje tak na realnie. Jedna – przypomniał mi się ten chłopaczek, któremu kiedyś zdjęcia robiłaś i Angie wklejałaś na tt. Musiałam też sobie pamięć odświeżyć ale Robin Pedersen.
Starszy od reszty małolatów, dość poczciwy z twarzy i nawet sprawdziłam, że był w tym roku na COCu w Engelbergu, po PŚ też się nieco wałęsał, ale nie na tyle, żeby każdy go kojarzył. Opcja całkiem, całkiem sensowna, tylko nie wiem czy idzie go wziąć za blondasa, ale od biedy można, na niektórych fotkach całkiem jasny.
UsuńI dwa – Aia bez gmatwania to nie Aia, więc Asta pokręciła sobie który to który i na przykład Olaf to Lindvik, a pan UpioręForfangowiGacie inny małolat. To jest bardziej grubymi nićmi szyte, ale warto rozważyć.
Kocham Twoje pisanko, wiesz? W Twoich łapkach kocham nawet gnomiki. Ale tylko w nich :P
Chyba przebiłam poziomem głupoty komentarza to co ostatnio zrobiłam jarając się Mańką i Morgo, ale wybaczysz, prawda?
Pięknych snów BEZ LINDVIKA, a ja wracam do biochemii, bo coś mi wyszła odwrotna kolejność planu wieczoru niż ta zamierzona xDDD Bużki <3