Pensjonat wynajęli. Dacie wiarę? P-E-N-S-J-O-N-A-T, że aż wam to przeliteruję dla lepszego zobrazowania tej jakże rewelacyjnej sytuacji i pomysłowości współtowarzyszy mej szwajcarskiej niedoli.
Nie czarter, nie jakaś podniebna erka, czy choćby zwykła, męska decyzja, że pakujemy klamoty i ruszamy w drogę. Dwadzieścia godzin jazdy na co najmniej trzech kierowców – bo nie wiem, jak to z prawkiem u tej małolaterii, ale osobiście nie zaufałabym im na tyle, aby oddać miejsce za kółkiem – też mi wielka wyprawa. Podobnie jak z Lille do Lahti, co mój szanowny braciszek pokonywał kilka razy w miesiącu w czasach, kiedy postanowił nas zdradzić dla tego przeklętego kraju. Często będąc przy tym jedynym prowadzącym, bo ja co najwyżej mogłam zwinąć się w kłębek na miejscu pasażera i spać. Oczywiście o ile w ogóle z nim jechałam, bo wizyty w jego nowym domku bynajmniej mnie nie bawił. Nawet jeśli miałam tam te swoje dodatkowe bodźce, żeby go odwiedzać. Potworne błędy młodości, o których zdecydowanie nie będziemy rozmawiać, zrozumiano?
Zresztą...
Jakakolwiek podróż – czy to drogą powietrzną, lądową, czy nawet podkop – okazały się przerastać wyobraźnię panów Norwegów.
Kto by tam chciał wracać do domu? Na Święta?
Szaleniec chyba jakiś!
Pominę zgrabnie fakt, iż nie mam bladego pojęcia, co miałabym ze sobą począć po wylądowaniu w takim Oslo czy innym norskim pipidowie. Tyle że chyba każda opcja zakładająca z dala od tych stworów brzmi jak co najmniej dobra opcja. A w skrajnej już ostateczności zamieszkałaby u któregoś z nich w ogródku – lepszy jeden taki sąsiad niż cała zgraja – i robiła za świątecznego gnoma. Czy w co oni tam wierzą! Tak, tak! Doskonale pamiętam, jak to w wigilię mama z Axu wystawiali przed dom owsiankę dla gnoma ze stodoły... kij, że my nawet stodoły nie mieliśmy, a wszystkie gnomy zamieszkują zachód półwyspu.
Niestety świątecznym gnomem nie zostanę. Już się Forfang and kompany postarali, cobym im przypadkiem tej zaszczytnej roli nie podwędziła.
Ehhh, mówię wam... Jak chcecie mieć w życiu przerąbane, to zdajcie się na Norwegów.
Porażka gwarantowana!
Dumali geniusze i dumali. Przez prawie dwadzieścia cztery godziny, w trakcie których zdążyliśmy powtórzyć testy – tak, wiąż tylko Johann jest zakałą drużyny – obejrzeć niedzielne zawody w telewizji i całkiem nieźle się wychrapać. Wydawałoby się, że po takim czasie, to jednak wpadną na coś choć odrobinę mądrego, nie? No, ja też ich przeceniłam!
Jadłam sobie właśnie pyszne śniadanko z widokiem na Titlis, kiedy spadła na mnie ta iście rewelacyjna informacja.
Zostajemy na Święta w Szwajcarii.
Ło żesz co, proszę? - no dobra, moja myśl bynajmniej nie była taka kulturalna, ale obiecałam sobie bez wulgaryzmów tutaj.
Mało się bułką nie zadławiłam z wrażenia!
Spodziewałam się chyba wszystkiego, ale wierzcie mi, nie takiego kretynizmu!
Ja naprawdę nie wiem, co pan trener sobie umyślił. Dobra, w sumie to chyba wiem, bo tak się składa, że pan trener to ma żonę w mocno zaawansowanej ciąży, więc obstawiam, że jedyne o czym myślał, to zdrowie i bezpieczeństwo wybranki. Nas miał po prostu w du... się znaczy w czterech literach. W sumie słusznie, ja na jego miejscu miałabym dokładnie takie same priorytety. Tylko że oficjalna wersja brzmi ciutkę inaczej, bo raczej nie mógł powiedzieć związkowi, że chce za ich kasę posiedzieć sobie w wypasionej alpejskiej chatce. Zamiast szukać na własną rękę izolatorium w... gdziekolwiek on tam mieszka.
Zostajemy, żeby móc po Świętach wystartować w zawodach Pucharu Kontynentalnego w Engelbergu.
Sorry, ale buahahhaaaaa!
Po Świętach to niestety, ale sypną nam się kolejne pozytywne wyniki, małolateria powie kontynentalowi baj baj, Szwajcarzy dowalą nam kolejne dwa tygodnie kwarantanny, a ja się chyba pochlastam!
Doprawdy nie trzeba być jakoś wybitnie lotnym umysłowo – chyba nawet mały, norski móżdżek wystarczy - żeby przewidzieć, jak skończy się to skoszarowanie nas w jednej chałupie. Nawet jeżeli zakopiemy Forfanga gdzieś głęboko w lesie. Wystarczy, że jeden geniusz się zakaził, ale jeszcze nie wyszło to w testach i pójdzieee... Jak domino. Tak tak, na ciebie patrzę, mister Lindvik! I bynajmniej nie dlatego, że mi się tak podobasz czy coś. Po prostu podróżowałeś z tą zakałą ze Słowenii i nikt nie wie, coście tam po drodze robili. Jakie misie czy buziaczki leciały! Jedyny plus jest taki, że tu na miejscu każdy miał swój własny pokój, a pan trenejro ostro pilnował przestrzegania zasad. Chyba chciał mieć pewność, że wróci zdrowy do żony. UPS! No ale jak się bierze pod swoje skrzydła takiego Forfanga, to chyba trzeba być przygotowanym na różne nieprzyjemne niespodzianki. W każdym razie daje nam to jakąkolwiek nadzieję, że wersja Vilberga się sprawdzi. Za tydzień wszyscy okażemy się negatywni, dzieci jeszcze raz pokicają sobie na Gross Titlis Schanze, a Lindvika to nawet nadamy DHLem do Niemiec na Turniej Czterech Skoczni. Ja porobię foteczki, które w Finlandii to chyba tylko wśród białych misiów wzbudzą jakiekolwiek zainteresowanie, a później wszyscy wrócimy do domku!
Chwila, jak to się nazywa?
A tak...
Wishful Thinking!
Nie wiem jak wy, ale ja niestety bardziej wierzę w tę pierwszą opcję. Problem w tym, że przy okazji nie mam nic, ale to totalnie nic do gadania, więc cóż... JEDZIEMY!
I'm driving home for Christmas
Oh, I can't wait to see those faces
I'm driving home for Christmas, yea
[Chris Rea, Driving Home For Christmas]
Łohohohohooooo, ale kurna śmieszne!
Jak cię, panie fizjo, szanuję za wyjątkowo sprawne i bezbolesne wwiezienie nas na to górzysko – ja to w najlepszym przypadku zarżnęłabym auto, a w tym nieco mniej zwaliła się w pierwszą lepszą przepaść – tak ten muzyczny żarcik totalnie, ale to naprawdę totalnie ci nie wyszedł.
ŻENADA!
I nieważne, że po wygramoleniu się w końcu z tego busa – małolateria mogłaby łaskawie używać mniej perfum, czy tam innych śmierdzideł. Chociaż na wodę po goleniu to oni chyba jeszcze za młodzi... Mniejsza z tym. - dosłownie zapiera mi dech w piersiach. Takie, wiecie, malutkie problemy z oddychaniem. Aktualnie na czasie. Dobra, głupi żart. Bardzo głupi i niestosowny żart! W każdym razie otwieram gębę niczym ta biedna rybka wyciągnięta z wody i kręcę łbem z miną, jaka przez większość życia gości na twarzy Lindvika – czytaj, jakby mu jednej klepki brakło – nie mogąc wprost uwierzyć w to, co widzę.
Z jednej strony las – długie rzędy ustrojonych w śnieżne płaszcze drzew – z drugiej rozświetlone przez przedpołudniowe słońce szczyty Alp Berneńskich – przykryte białą pierzyną a zarazem lśniące niczym idealnie naostrzony nóż wierzchołki na tle czyściutkiego, błękitnego nieba - a pośrodku typowa, górska chata. Z pokaźną czapą śniegu na dachu i z zielono-czerwonymi girlandami zdobiącymi wejście oraz balkony. Przed drzwiami kilka świerków oplecionych kolorowymi lampkami i duża, bujana ławeczka, której strzegą dwa kamienne aniołki.
Ło żesz ty, w mordę jeża!
No nie powiem, widok zwala z nóg lepiej niż niejeden nasz trunek. A w trunkach to my akurat jesteśmy naprawdę nieźli.
Obrazek rodem jak wyjęty z bajki o Bożym Narodzeniu czy wideoklipu do jakiegoś tam 'All I want for Christmas'. Rzuciłabym jeszcze jakimś sucharem totalnie nie na miejscu o 'Last Christmas', ale chyba jednak sobie podaruję. Szczególnie, że znam tekst a nie tylko sam tytuł i wiem, że w tym towarzystwie o jakimkolwiek 'someone special' można sobie co najwyżej pomarzyć. Tak więc przez chwilę po prostu stoję i sobie marzę, że zamiast z przebrzydłymi Norami utknęłabym tu z kimś fajnym.
- Całkiem tu ładnie – I 'uj bombkę strzelił! Cały urok prysł w jednej chwili, bo się jakiemuś Norowi przyleźć zachciało.
- Ujdzie – prycham i spadam, bo w sumie w kłamaniu nie jestem zbyt dobra.
***
Niechaj mnie dzika gęś kopie, ale gdyby nie to, że w życiu mi to przez gardło nie przejdzie, powiedziałabym, iż te Nory to wcale takie durne nie są. A przynajmniej ten pomysł aż tak durny nie był!
Tu jest po prostu cudownie!
Nasza chatka może nie jest jakiś powalających rozmiarów, ale chyba moja skwaszona mina podziałała, bo dostałam największy pokój. Ewentualnie nikomu innemu nie chciało się zasuwać tak wysoko po schodach. SPORTOWCY! Mi tam jak najbardziej pasuje, bo czuję się wystarczająco daleko od nich. Dobra, wystarczająco daleko to by było w Finlandii, ale jak na obecne warunki, chyba może być. Jest szansa, że żadnemu się nie będzie chciało ruszać dupska, żeby tutaj przypełzać z byle powodu. Niech tylko od czasu do czasu krzykną, że jedzenie przybyło.
Ano takie luksusy nam trenejro załatwił, że obiady nam będą dostarczać pod drzwi. Doprawdy nie wiem, jak związek się zgodził za to bulić i czyją nerkę przyjdzie nam w końcu za to odsprzedać. Ja nie wyrażałam na to zgody, ja swojej nie oddam!
Także chatka jak to chatka, ale na jej tyłach jest całkiem nieźle wyposażona siłownia – mi to tam akurat wisi – oraz... tadam, tadammmmm... SAUNA! Widziałam, jak szanowny fizjo puścił mi oczka, kiedy ją odkryłam. I przyznam bez bicia, że mało mu się na szyję nie rzuciłam z radości, bo nie muszę wam chyba mówić, że dla nas wigilia bez porannej sauny to mniej więcej, jak dla Norów bez gnoma w stodole.
Tak więc okazało się, że mamy tutaj zarówno saunę, jak i taką chałupkę-przybudówkę czyli bardziej wypasioną stodołę dla naszego gnoma. Może sobie tam siedzieć i patrzeć na nas przez okno. Będę nawet taka miła i dwudziestego czwartego zaniosę mu tę miseczkę owsianki pod drzwi.
Jednak największe wrażenie zrobił na mnie las. Tak, kurde, mamy swój własny kawał lasu! Mogłam sobie iść na spacer, fotografować wiewiórki i nie łamać żadnego zakazu. Chyba, bo w sumie to w żaden sposób nie jest ogrodzone, ale właściciele ponoć mówili, że prędzej Yeti tam spotkamy niż innych ludzi. Także na dobrą sprawę nawet Forfang może tam iść, jest szansa, iż spotka jakiegoś owłosionego przyjaciela odpornego na wirusy.
Zaczynam sądzić, że jedna nerka to może być za mało...
Podsumowując: jak na razie jest całkiem przyjemnie. Nawet jeśli trochę sobie popłakaliśmy z rodzicami przez skype'a – tak jestem dinozaur, nie znam tych wszystkich nowych form komunikowania się i najchętniej używałabym telefonu, ale, jak wiadomo, w Szwajcarii wszystko jest w cholerę drogie, a internet mamy tu wliczony w cenę. - a po powrocie do pracy czekają mnie długie miesiące obstawiania jakiejś jazdy konnej czy innego krokieta. Już się cieszę. Na samą miejscówkę nie zamierzam jednak narzekać, bo nie oszukujmy się, we własnym mieszkaniu na spacer to co najwyżej mogłabym sobie iść do toalety i z powrotem.
Nie jest zatem tak źle, jak się spodziewałam. A przynajmniej nie było, zanim ktoś nie postanowił wdrapać się na moje poddasze i zakłócić mi mój święty spokój.
- Zamierzasz się tak boczyć cały tydzień? - Oho, pan fizjo najwyraźniej nie zamierza owijać w bawełnę. Ładuje się do mojego pokoju, jakbym go tutaj co najmniej zaprosiła i jeszcze w najlepsze rozsiada mi się na łóżku. Przepraszam bardzo, a jakieś zasady? Reżim sanitarny czy coś takiego? Może od razu dajmy sobie buzi, co? Kto by się tam wirusem przejmował? - Co niby mieliśmy według ciebie zrobić? - NO POMYŚLMY! - Odesłać tych chłopców do domu? Na Święta do rodzin?
- Ci chłopcy chyba są na tyle duzi, żeby pojąć, co to kwarantanna? Sądziłam, że to mimo wszystko dorośli ludzie, którzy po kontakcie z zakażonym nie polecą ściskać się w babciami i dziadkami.
- Myślisz, że to takie łatwe? Sander i Anders mieszkają jeszcze z rodzicami. Vilberg ma żonę w siódmy, czy tam już ósmym miesiącu ciąży. Chyba tylko my dwoje mamy komfort własnego mieszkania. Poza tym... Rany, Asta, serio chciałabyś siedzieć sama na Wigilię? Nie mieć z kim nawet zapalić tej cholernej ostatniej świeczki? Gapić się w ścianę albo ekran komputera... - Lepsze to niż gapić się na was, tak prawdę mówiąc. Postanawiam jednak oszczędzić mu zbytniej szczerości, bo się facet ewidentnie stara przełamać jakieś lody.
- A ty serio chcesz tu siedzieć nie wiadomo jak długo? Naprawdę wierzycie, że za tydzień wciąż wszyscy będziemy negatywni? Co zrobicie, jak któreś z nas też okaże się dodatnie? Zamiast waszego kontynentala, dowalą nam kolejne dwa tygodnie. Tak się możemy bawić jeszcze długo. Już nie mówiąc o tym, co będzie jeśli któreś z nas się naprawdę pochoruje. Kurna, ja nawet nie znam niemieckiego...
- Obiecuję siedzieć przy tobie, trzymać za rączkę i tłumaczyć każde słowo. Szczególnie, jak będą cię osłuchiwać – A SPIEPRZAJ, CO? - A jeżeli na kolejnym teście ktokolwiek będzie miał pozytywny wynik, to wracamy wszyscy do domu. Johann powiedział, że jeśli nie poczuje się gorzej, to może nawet sam prowadzić całą drogę. A ja przysięgam odwieźć cię pod samiuśkie drzwi w tym twoim... - Lahti podpowiadam kręcąc z rozbawieniem głową i podkreślając, że to jakieś, bagatela, dodatkowe dwadzieścia godzin podróży. - Więc mam nadzieję, że zaprosisz mnie na jakąś małą herbatę, czy coś... - Czy coś, to ty zaraz w łeb zarobisz! - To co, umowa stoi? - Jakbym niby miała jakieś wyjście. - No to chodź w końcu na dół, ci chłopcy naprawdę nie gryzą. Może Forfang trochę, ale on akurat siedzi pod kluczem. Poza tym Marius miał robić jakiegoś grzańca, a Vilberg rozgryzać zakupy przez internet, więc może być naprawdę śmiesznie. Chodź, panno dąsalska.
Hahhaaaa, bardzo śmieszne!
Problem w tym, że mam jeszcze jeden mały.... no.... problem.
- Tom – zaczynam niepewnie, zanim zdąży wyjść z mojego pokoju. Odwraca się dość zaskoczony, a ja muszę mieć naprawdę zmieszaną minę. Zaraz wyjdę na głupka, albo na totalnego ignoranta, na którego w sumie starałam się pozować, odkąd tylko spotkaliśmy się na lotnisku w Oslo. - Sander to ten brunet, który był w sobotę na podium, prawda? A Anders...
- Tak, pani dziennikarz – rzuca z przekąsem, a ja prycham, że nie jestem dziennikarzem tylko fotografem. Moim zadaniem jest umieć ich podpisać, choć i to udaje mi się czasem obejść, a nie zapamiętywać ich imiona czy nazwiska. Zapamiętuję tylko tych wybranych. - Anders to ten mały blondyn. - Fajnie, a ten trzeci? - chcę zapytać, ale zanim pada to z moich ust, pan fizjo uśmiecha się tak, że już wiem, iż sama wpakowałam się na tę minę. - A moje imię jakoś zapamiętałaś.
No ja pierdolę!
Aż zapominam zapytać o tego trzeciego małolata.
I wiecie co? Zaczynam sądzić, że istnieje jednak coś gorszego od Norów.
To Austriak przebrany za Norwega!
*****
Ho Ho Ho Merry Christmas

Hoł, hoł, hoł! Witam poświątecznie i przednoworocznie ;)
OdpowiedzUsuńNiezłe warunki się im trafiły. Tak sobie czytałam i myślałam, że właściwie w takich warunkach jak najbardziej można spędzać Święta. A potem sobie uświadomiłam, że rodzina gdzieś w drugiej części Europy i wizja zrobiła się mniej atrakcyjna XD
Zwłaszcza, że nie ukrywajmy, towarzystwo niekoniecznie się udało. Na dodatek jeden pan się dość mocno Astą zainteresował. I jeszcze sugeruje, że ich obecność jest lepsza od samotności. No cóż, odnoszę wrażenie, że Asta jest nieco innego zdania. Także proszę spadać na drzewo.
Zresztą jak pan jest fizjo, to pana kwarantanna nie obowiązuje, boś pan na pewno zdalnie pracował, takie są najnowsze trendy w pracy fizjoterapeutów, że się tak odniosę do wczorajszych wydarzeń XD
W sumie z jednej strony śmieszne było to pytanie na końcu o to, który to Sander, a który Anders, ale z drugiej strony szczerze mówiąc ja sama nie mam pojęcia. Także w pełni Astę rozumiem XD
Wybacz, że tak krótko dziś, ale ten komentarz to tak pisany między pracą, skokami i studiami (w dużym uproszczeniu). A chciałam dać znać, żebyś miała kopa do tworzenia kontynuacji. Tutaj tło nam zarysowałaś elegancko, teraz czekam na bliskie spotkania trzeciego stopnia z Norkami ;)
Buźka! :*
Ja Ci powiem, że w sumie zaczęłam się zastanawiać czy to tylko będzie opowiadanie o Parówce, bo w spisie bohaterów tego tak jasno wymienionego nie ma. A wręcz on jest zamknięty na kwarantannie, a bohaterka musi się borykać z resztą. Natomiast fakt, że chciałaby go zabić, raczej nie świadczy, że będzie główną postacią. Wręcz przeciwnie, może spełnić swoje świąteczne życzenie, a potem spędzać czas z… No właśnie, dowiemy się o kim Twoja koleżanka Ci tak dniami i nocami opowiadała? :P Byle nie o samym gołodupcu, choć może teraz mógłby się usprawiedliwiać, że nie on, a Asta wywołała furię, która zraziła do niego Wielki Naród Polski Żądający Wiecznej Pomsty.
OdpowiedzUsuńKto by chciał wracać do domu na święta? No przecież nikt, bo parówka to takie bożonarodzeniowe danie, że każdy chce ją jeść z chrzanem czy inną obrzydliwą makrelą. W sumie nie wiem co ostatnio mam z tymi rybami, ale makrela i parówka bardzo mi składną parę tworzą – ani do jednego, ani do drugiego nie zbliżyłaby się bardziej niż na kilometr. Ej, może ochrzcimy tą makrelą gołodupca? Xd
Dobra, koniec pieprzenia, choć nie oszukujmy się, choć Krafciowi do stóp nie dorastają, to jednak ten naród dziczy całkiem, całkiem przyjemny do robienia sobie różnych kpin i innych kpinek. W każdym razie Asta oburzona. Chciała do braciszka do Malezji lecieć? Choć z tego co czytam, to on tu jeszcze w Malezji nie mieszka. Tak czy owak stworzyło się parę wizji komicznych po drodze, dzięki jej bulwersowi. Wyobraziłam sobie te trolle leśne, jak kopią tunel pod Bałtykiem, żeby wrócić do Norolandu. Forfiś laluś chyba by tego nie zniósł. Forfiś mafiozo sycylijski w sumie raczej też, bo dalej robi się na przylizane pachnidełko, tylko nieco bardziej groźne (i ciągle szkaradne). A już pomijając parówkę, za dużo u nich ofiar losu, żeby przeżyli taką podróż w jednym kawałku. Choćby taki Tande, ze swoją wodą w kolanach (dobra, nie śmieję się, bo sama się nabawiłam) i chorobami wieku niemowlęcego. Albo Lindvik ofiara. Kto by mu zęba wyrwał w tych podziemiach? Co najwyżej gołodupiec pięścią (matko, chciałam odruchowa napisać, że dupą xD), w ramach ćwiczeń z samoobrony przed styczniową wizytą w Zakopanem, bo ewidentnie może mu się przydać. A druga wizja to Parówka za stodołą, zakradająca się po owsiankę, między krowami, a prosiakami. Patrząc po tym jaki luksusik sobie na wigilii wokół siebie roztoczył, to tego wrednego gnoma akurat na owsiankę nie złapiesz. Chyba, że to będzie specjalna fuj skandynawska owsianka z kiełbasą.
No i ciekawe z kim z Norolandu ona te błędy młodości popełniała. Nie pisze w spisie bohaterów ile ma lat, ale patrząc, że Lindviki i spółkę (w sumie nawet tych pozostałych dzieci nazwisk nie pamiętam tak na poczekaniu), mocno wyzywa od małolatów, to przypuszczam, iż istotnie więcej on nich. Więc to był ktoś z tej dawnej kadry, która w przeciwieństwie do dzikusów, jeszcze w zasadzie całkiem spoko była. A może ktoś z obecnego sztabu, w końcu Ty zawsze lubiłaś jakoś ten sztab we swoje opowieści wplatać. Chciałam proponować bliżej nieznanego pana fizjo, nad którym mocno się zastanawiałam pierwszy raz czytając, ale skoro to Austriak, a nie Nor, to chyba wypada poza podejrzenia. W każdym razie zgaduje, iż tym ma jakieś cechy wspólne z Forfisiem (może mordka fircyka w zalotach?), bo ewidentnie ów nieszczęsny Forfiś wywołuje w niej jakąś traumę (skoro cały zespół nazywa jego kompanią xD), a sam jej chyba raczej (choć do wnerwiania wielce uzdolniony) podpaść nie zdołał. Oby nie wzięła tylko przykładu z Twojej Asi (CHOĆ TO ŻADEN PRZYKŁAD BO ASIA W SWOIM WYBRYKU KLASĘ I GUST ZACHOWAŁA :P) i się z takim Parówkiem nam nie hajtnęła w wigilijną noc. Chory facet wiadomo, zaraz umiera, więc zacznie taki majaczyć, że nigdy prawdziwie nie kochał i chce zdążyć nosić obrączkę przed śmiercią, a potem wyzdrowieje i nieszczęście gotowe. Choć w sumie kto by miał im tego ślubu na kwarantannie udzielić. Przebranie Gołodupca za jakiegokolwiek duchownego raczej nie przejdzie.
W ogóle przebranie go za kogokolwiek by nie przeszło, bo jak przebrać kogoś kto z nazwy nawet nie uznaje ubrań, ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. Dobra. Ja naprawdę dziś nic nie piłam. Zwykle wplatam tą deklaracje, w komentarze dla Asika, ale widać u Ciebie też już wkręciłam się w fabułę, na tyle, że definitywnie powinnam xD
UsuńLindvika nadamy DHLem. Lepiej nie, bo ostatnio moja paczka DHL skończyła dziwnym trafem w pazurach poczty polskiej, leżąc tygodniami w jakimś obskurnym magazynie. No patrz jakie mam dobre serce, chcę uratować Nora przed zamknięciem. Co prawda to jeden z mniej inwazyjnych przedstawicieli tej dziczy wcielonej, ale i tak fakt jest faktem – Nor to Nor. I dziękuję za uwagę.
Ranyyyyyyyyyy, ten opis domku to Ci wyszedł. Na takie małe alpejskie chatki to ja reaguje mniej więcej jak na kominki z ładnymi obiektami rozpalającymi domowe ognisko, tylko bardziej jawnie. Widoczki, śnieżna bajka, a to wszystko za darmo… No chyba rozważyłabym akceptację towarzystwa jednego czy dwóch gnomów z północy dla takiej radości. Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej by się je odpowiednio związało i zakneblowało, ma się rozumieć.
Kto odda nerkę? Na pewno gołodupiec swojej nie da. Pal licho ten cenny narząd, ale na sto procent nie zgodziłby się na bliznę, która mogłaby zjechać na koronny fragment jego ciała, świadczący o oryginalności, indywidualności i szeroko pojętej osobowości.
Mówiłam, że pana fizjo, z racji, iż Skandynawa tylko udaje, trzeba wykluczyć z listy potencjalnych byłych kochanków Asty, ale w sumie ona ewidentnie jakąś zadrę szczególną do niego ma. Więc… Przecież to, że popełniła norowy błąd nie znaczy, że dodatkowo nie mogła zaliczyć też jakiegoś autowego. W końcu patrząc po jej ciętym języku nie jest grzeczną strachliwą dziewczynką, której w całym życiorysie przydarzył się tylko jeden, maciupki, gnomowaty oraz przypuszczalnie forfisio-podobny grzeszek.
Jak mu się nie pogorszy to będzie prowadził całą drogę? Forfiś z covidem za kierownicą, jadący wzdłuż i wszerz przez Europę przywodzi na myśl nieco zmodyfikowane znaczenie sformułowania ‘last christmas’ aka widoczek z Bergisel. Niech od co najwyżej jedzie po jajka czy inne mleko łosia na świąteczne śniadanie, do sąsiedniej wioski. Kury porozjeżdża, żeby potwierdzić tezę, że bredzę tylko w komentarzach do opowiadań, w których ktoś morduje kury autem ;P
A ten pan fizjo ciągle nie wiem jak się nazywa, ale naprawdę wydaje się bardzo, bardzo sympatyczny. Twoja bohaterka powinna zacząć być dla niego milsza, ale miała po kim dziedziczyć stosunek do fajnych Austriaków, nie? Choć wróć, fajni Austriacy mają lepsze rozrywki niż Nora udawać, ale może skoro w innych kwestiach udany, to idzie go jeszcze jakoś podreformować.
Mały Lindvik będzie robić grzańca? No to trafiłam z tym, że to taki mniej szkodliwy rodzaj Nora, z którego idzie jeszcze poczerpać korzyści. Zwłaszcza jak dodaje pomarańczkę i cynamon w laskach do środka. Albo kawałki malin. W każdym razie skoro przyrządza gluhwein to modyfikuje to co przed chwilą pisałam – ten jeden gnom może pozostać niezwiązany. Jakoś musi łapkami w kuchni operować.
‘Chłopcy nie gryzą, może tylko Forfang trochę’ – wyobraziłam sobie jak Parówek robi za skokowego Suareza, wbiega na zeskok i kogoś kąsi. A jeszcze jakby na takiego Markusa na przykład trafił… xDDDD
Nie mam równo pod sufitem, ale uwielbiam już to opowiadanie. Naprawdę nie daj się pojedynczym chwilkom myślenia, że pisanie nie ma sensu, tylko je twórz step by step :P
I będzie cudnie <3