Głupi ten sezon. Bardzo głupi!
Niby wszystko po staremu: oni skaczą, my przeżywamy, wiatr piździ jak szalony, a na koniec wygrywa ktoś, kogo nawet nikt nie lubi. Taki standardzik, nie? I tylko od czasu do czasu jakiś Austriak musi zostać na dłużej w domu – ewentualnie w ruskim hotelu – ale tak prawdę mówiąc, to kto by się tam Autami przejmował. Na pewno nie ja! No może odrobinkę Krafcikiem, ale to tak naprawdę tyci, tyci.
Także sami widzicie: niby sezon jak sezon a jednak taki do dupy.
Bo jak człowiek już tak wsiąkł w ten światek, pojeździł na konkursy, zapuścił korzenie pod niejedną skocznią, to, wierzcie mi, cholernie trudno wrócić do siedzenia przed telewizorem i pierdzenia w stołek. Naprawdę cholernie trudno! I nieważne, ile razy przeklinało się ten sport. Za ziąb; za wygwizdów; za deszcz, od którego nawet majtki przemakają i za skostniałe do bólu wszystkie dwadzieścia palców. Że o konieczności oglądania po raz tysięczny tych samych gęb nie wspomnę. A jak jeszcze trafiło się na złe światło, to szanowne gęby wychodziły, jakby postanowiły przyoszczędzić na Rutinoscorbinie. Jeden wielki bohomaz po sześciu godzinach odmrażania sobie tyłka i śmigania po tych schodkach, które dla takich ofiar losu jak ja, wcale nie są bezpieczne. Krótko mówiąc: takie no... praco-hobby marzenie. Doceniasz dopiero, jak jebnie jakimś wirusem i musisz siedzieć w chałupie. Wtedy to nagle niestraszne żadne pińcet stopni na minusie, najgorsze tajfuny czy oberwania chmury Serce samo rwie się w podróż z tym latającym cyrkiem, a oczy bezwiednie szukają najlepszych ujęć.
Przerąbane!
Żeby nie powiedzieć brzydziej.
Nie dziwcie się więc zbytnio, że cała ta sytuacja uśpiła moją czujność. Że tęsknota za skokami i możliwością robienia zdjęć wygrała w nierównej walce z podszeptami zdrowego rozsądku. Bo wiecie, w całym swoim prawie trzydziestoletnim życiu nauczyłam się jednego: jak coś ma mi się w nim zrypać, to zrypie się przez Norwegów! Taka oto przykra prawidłowość. Mogłam zatem z niemal stu procentową pewnością przewidzieć, że to wszystko źle się skończy. Bardzo, bardzo źle
Niestety, kiedy mój szanowny braciszek zadzwonił do mnie z tych swoich zaoceanicznych tropików i oznajmił, że jeżeli mam ochotę, to mogę się zabrać z Norwegami do Engelbergu, po prostu nie potrafiłam odmówić. No bo jak? W mojej głowie buchały już jedynie fajerwerki świętujące wyjazd na skoki. W końcu! I nawet się jakoś bardzo nie wkurzyłam, kiedy ten ćwok oznajmił przy okazji, że nie przyleci do nas w tym roku na Święta. Po raz pierwszy odkąd wyprowadził się na te swoje 'uj wi gdzie - w pizdu daleko w każdym razie. Na szczęście ogarnęłam się na tyle szybko, żeby nie dać się wmanewrować w przekazanie tej iście rewelacyjnej nowiny rodzicom. Nie ma tak łatwo, panie Kokkonen, sam się im tłumacz. Szkoda tylko, że przez ten WYJAZD Z NORWEGAMI, teraz i ja mam dokładnie ten sam problem.
Zostałam udupiona w Szwajcarii!
Czy muszę mówić przez kogo?
Tak się bowiem niefortunnie składa, że mam jeszcze jedną, równie przykrą prawidłowość: jak u Norów coś jebnie, to na dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent jest to wina Forfanga.
Tak więc przed trzema dniami razem z moją grupką Norów – czyli z trójką jakiś dziwnych małolatów, trenerem kadry be i, z tego co mi się tam kiedyś o uszy obiło, byłym już fizjoterapeutą. Nie wiem, nie pytajcie. Może w tej niższej kadrze brak asystentów, więc sobie wynajęli takiego pięć w jednym na weekend. - przylecieliśmy do Zurychu. Wszyscy zaopatrzeni w odpowiedni papierek, że nie ma w nas żadnych niechcianych pasażerów na gapę. Się znaczy tego durnego wirusa, gdyby ktoś nie zakapował. Pech chciał, że w stolicy dołączyli do nas Forfang i Lindvik. Ponoć za karę za totalny blamaż na Mistrzostwach. No szkoda tylko, że w rezultacie to raczej nam się tu znacznie mocniej po tyłkach oberwało. Za jakąkolwiek znajomość Johanna André Forfanga. Uwierzcie mi, ja tam wolałabym go nie znać. A z perspektywy czasu to mogę nawet powiedzieć, iż wolałabym, aby w tej Planicy to wzorem kolegów latał jak natchniony, a nie koncertowo bulę klepał. Może wtedy w ramach nagrody siedziałby teraz w domu i co najwyżej psa zarażał – chociaż trochę psiny szkoda – a nie rujnował nam Święta. Ale nieeee, bo po co. Lepiej być kadrowym frajerem!
No dobrze, ale wróćmy może do początku tej jakże pasjonującej historii, bo w sumie przez dwa dni było wprost idealnie. Jak za starych, dobrych czasów. Śnieg, słoneczko, aniołek na skoczni, dalekie loty i masa całkiem udanych zdjęć. Plus naprawdę przyjemne towarzystwo tego zabawnego człowieczka z Polski, który, jak się okazało, pamięta jeszcze czasy mojego brata – a nie wygląda – oraz, co znacznie gorsze, mnie z tamtego okresu. Pucołowatą nastolatkę z mordką usłaną piegami i z dwoma śmiesznymi kitkami przy uszach. Ponoć nieco się zmieniłam... On w sumie nie bardzo. Może ma teraz ciut bardziej twarzową fryzurę, ale newermajnd, bo to przecież ma być historia o przeklętych Norwegach a nie panu Tadeuszu ze skijumping. O nim mogę wam opowiedzieć następnym razem. Jeśli ładnie poprosicie. Podsumowując zatem: było zarąbiście i przez moment można było naprawdę zapomnieć o jakiejkolwiek zarazie czy pandemii. Nawet jeśli to coś na ryjku znacznie utrudniało drałowanie na górę skoczni, większość ekip przyjechała drugimi składami, a kwalifikacje wygrał jeden z tych moich dziwolągów.
Piątek był udany, a sobota chyba nawet lepsza.
Rano wszyscy obudziliśmy się w dobrych humorach. Tak dobrych, że po śniadaniu dałam się nawet wyciągnąć tym norskim pajacom na spacer. Szkoda że nie udało nam się wtedy zgubić Forfanga w jakimś lesie. Doprawdy wielka szkoda. Może kozice by się nim zaopiekowały. Czy coś. Niestety w komplecie wróciliśmy do hotelu i zebraliśmy się na skocznię.
A tam...
No powiem wam, że okulary przeciwsłoneczne czasem się przydają. Przynajmniej ludzie nie widzą jak ryczysz. O tak, poryczałam się. Ze szczęścia. Bo Artti Aigro wygrał swoje pierwsze w życiu zawody Pucharu Świata.
Niby nie nasz, a jednak taki przyszywany.
Widziałam, że i Väätäinenowi zakręciła się łezka w oku. W sumie to pana trenera nie lubię za to, jaki syf pozostawił po sobie w naszej kadrze za ostatnim razem. Pstryknęłam mu jednak kilka zdjęć, niech chłop ma pamiątkę. Jak to pod jego wodzą najlepszym z Finów był Estończyk.
To był wspaniały dzień. Naprawdę wspaniały dzień i totalnie nic nie zapowiadało katastrofy, jaka miała runąć na nas w ten słoneczny, niedzielny poranek. Co prawda po kolacji pogrzebali nam trochę tymi patyczkami w mózgu, cobyśmy byli jeszcze mądrzejsi niż jesteśmy, ale przecież to miała być tylko taka formalność. Najzwyklejsza w świecie formalności, żebyśmy mogli z czystym sumieniem i odpowiednim papierkiem wrócić do domu.
Do domu – NA ŚWIĘTA!
Powtórzę to jeszcze raz, żebyście sobie dobrze zapamiętali:
Jak coś ma się w moim życiu zrypać, to zrypie się przez Norwegów i na dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent winnym będzie Johann André Forfang!
Jełop okazał się pozytywny!
Co w obecnych czasach bynajmniej nie oznacza, że jest on taki fajny. Nie, wróć! To w zupełnie żadnych czasach nie oznacza, że jest on fajny, ale w obecnych sprawia, że teraz wszyscy mamy przez niego przejebane.
Dwa tygodnie kwarantanny! Dacie wiarę? Dwa tygodnie kwarantanny na pięć dni przed Bożym Narodzeniem! Ponad dwa i pół tysiąca kilometrów od domu i z bandą przedstawicieli najbardziej znienawidzonego przeze mnie narodu! Zapytałabym: za jakie grzechy? Ale zbyt dobrze wiem, że przez całe dwadzieścia osiem lat nie zrobiłam nic – nawet gdyby zsumować te wszystkie większe i mniejsze grzeszki – co zasługiwałoby aż na takie potępienie.
Nawet jeżeli jakimś cudem udałoby mi się wrócić do kraju, to tym negatywnym wynikiem mogę sobie co najwyżej tyłek podetrzeć. Bo miałam kontakt z zakażonym... Ludzie, jak to w ogóle brzmi. Kontakt z Forfangiem! Przecież ja skupiam się głównie na tym, żeby trzymać się od tego stwora-potwora jak najdalej!
Na upartego mogłabym więc olać to wszystko i na własną rękę wrócić do Finlandii, machając wszystkim po drodze tym świstkiem z negatywnym wynikiem. Co najwyżej zamiast śpiewać z rodzinką świąteczne piosenki przy stole, siedziałabym we własnych czterech ścianach i katowała nimi sąsiadów. Nie brzmi radośnie, ale wciąż lepiej niż ci tutaj... no wiecie kto! Tyle że z tymi testami to bywa jak bywa, a ja jednak w busie z Zurychu oraz na tym durnym spacerze z Forfangiem byłam. Nie ma więc mowy, żebym naraziła jakąkolwiek inną reprezentacje, a i sześć godzin w pociągu nie brzmi zbyt odpowiedzialnie. A ze mnie niestety dość odpowiedzialny człek, czekam zatem, co te stwory-potwory mądrego wymyślą, choć śmiem wątpić, że cokolwiek potrafią. Skoro wszyscy jesteśmy w czarnej dupie, to chociaż bądźmy w niej razem.
Serdeczne dzięki, Forfang!
*****
Tadam, tadam tadam...
Zwykle nie chce mi się gadać pod rozdziałem, ale teraz czuję taką małą potrzebę wytłumaczenia się Wam, żeby nie wyjść na jakąś totalną psycholkę.
Chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że osobiście traktuję tego wirusa i powodowaną przez niego chorobę bardzo, ale to bardzo poważnie i naprawdę nie życzę jej nikomu! Nawet największemu wrogowi, a, jakby nie patrzeć, w tym sezonie to wcale nie Forfang za takiego uchodzi :P Po prostu te wszystkie kwarantanny w skokach aż się prosiły o „małe wykorzystanie”, więc postanowiłam spojrzeć na tego diabła (mówię o wirusie nie o Forfangu) z lekkim przymrużeniem oka i dlatego powstało to coś.
Dlatego proszę, bądźcie wyrozumiali :P Z tymi, którzy chcieliby mnie zlinczować za to, że „zakaziłam” akurat Johanna możemy się umówić tak, że po prost test(y) wyszły mu fałszywie pozytywne. O i już :P Wszyscy zdrowi :D
Druga sprawa jest taka, że potrzebne mi były względnie „czyste” norskie małolaty, a za wielu ich nie znam, więc umówmy się tak, że Sander z Andersem wrócili zaraz po Rosji do domu, żeby sobie odpocząć, a w Planicy skakał kto inny :P Plus Lindvik był w Planicy – krótko mówiąc wszystko na opak niż w rzeczywistości :D
No więc to tyle.
Na zapas życzę Wesołych Świąt, chociaż planuję dodać następną część w okolicach Pierwszego Dnia Świąt
Ho ho ho.... buziaczki
Aia!!! Jak ja się cieszę :D i jakie to jest fajne!!! W ogóle zajrzałam sobie najpierw w bohaterów (i widzę, że Stella zrobiła obczajkę już dwa dni temu XD) i oczywiście imię bohaterki przeczytałam jako "Asia", no bo jakżeby inaczej XD
OdpowiedzUsuńNawiązanie do Tadeusza piękne i w ogóle wszystkie te takie "Twoje" nawiązania - do zdjęć, podróży za skokami i do Krafta nawet XDDD A do tego bohaterka z Finlandii, więc jest tak po Twojemu. I to mi się bardzo podoba, i ja chcę to czytać! I ja chcę czytać o tej wspólnej kwarantannie, i o tym jak się będą kłócić, i tak dalej, i tak dalej... ;) I żeby było świątecznie, i żeby był śnieg, i choinka by się przydała... Tak jest, składam zamówienia, proszę wyznaczyć jakiś niezbyt długi czas realizacji - pierwszy dzień Świąt brzmi doskonale.
Jakie są śliczne te pieski w nagłówku tak w ogóle!
Jejuuu ja chyba naprawdę bardzo potrzebuję poczytać coś, co choćby odrobinę zahacza o Święta :3
No to już chyba wyraziłam swój entuzjazm (mam nadzieję, że go w miarę wyczułaś ;)) i chcę jeszcze dodać, że czekam i żebyś się nie przejmowała, żebyś sobie pisała, a ja będę czytać :D
Buziaki :* cieszę się, że publikujesz tę historię :3
Rany Aika, jak ja się szczerze cieszę, że Ty piszesz, wiesz? Masz taki niepowtarzalny styl, bo wkładasz w to wszystko samą siebie. Twoje bohaterki kochają północ, zdjęcia i są złośliwe wobec co po niektórych skakajców, w ten złośliwy sposób, który tak bardzo, bardzo, bardzo lubię w Twoich tweetach, podczas nużących zawodów. I oczywiście jeszcze musi być jakiś związek z tajemniczym panem Akselim. Swoją drogą ja całkiem długo myślałam, że to postać fikcyjna Twojego autorstwa, ale potem ogarnęłam, że występuje i u Asi i u panny Hilde (UDOSTĘPNIŁABYŚ GDZIEŚ DOUBLE-VICTORY, CO? <3), a na dodatek w małsikowych diabłach, więc nie może być wymyślony. I w sumie miałam ogarnąć co to za jeden i czy coś kiedyś w skokach osiągnął poza skakaniem z nacji do nacji, a kompletnie o tym zapomniałam, więc może czas nadrobić. Ale dobra, na temat, bo może nie wypada już pod prologiem pieprzyć masła maślanego na kilka stron, co nie? Także tego xD
OdpowiedzUsuńOpis tego sezonu idealny. Albo emocje na grzybobraniu jak w Engelbergu, choć w sumie nie będę grzybobrania obrażać, albo się człowiek jara, że będzie coś fajnego jak w Planiczce na MŚwL, a koniec końców i tak zawód. I wtłaczające się na podium jednostki, które co najwyżej chciałoby się posłać na Syberię w jak najszczelniejszym worze (może być mikołajowy, w krasnale, w sumie na odległość czy tam w ciemności idzie pomylić krasnalka z gnomem xD). Lub jednostki, które jedyne co naprawdę umieją pokazać światu to swoje wredne zadki. Ewentualnie jedno i drugie na raz. I jeszcze Auty z covidem i uwaga, że żal troszkę Krafcika. Ojjjj, ta panna Kokkonenn zdecydowanie powinna jednak mieć na imię Asia (A TAK NAWIASEM SZCZUROWIEWIÓRECZKO WRACAJ DO NAS).
Sezon jak zawsze ale do dupy. No znowu w punkt. Ale jak ma być inaczej, skoro żółta koszulka tkwi na kimś, kogo znakiem rozpoznawczym jest dupa? Nie uważam tego za złośliwość tylko za stworzenie faktu, bo w końcu nikt mu nie kazał skakać nago i wrzucać tego do sieci, czyż nie? W sumie nawet bardzo ładni skoczni chłopcy nie powinni prezentować światu swoich nagich zdjęć z wakacji w Wietnamie na insta. A co dopiero takie kreatury i to jeszcze z obiektów sportowych. Ale dobra, już wracam do wątku. Niech ładni chłopcy zajmą się kominkiem, a gołodupiec jakąś syberyjską plażą dla nudystów, jeśli na Syberii istnieją w ogóle takie miejscówki.
Ten fragment o skokach przed telewizorem jest taki w punkt smuteczkowy. Brakuje zawodów, atmosfery na trybunach i brakuje Twoich fotek na insta i tt. Ale ja się pocieszam, że jak to wszystko wreszcie wróci to będzie dzięki temu smakować jeszcze z dziesięć razy lepiej i tej wersji się trzymajmy.
Forfiś, laluś, pajac, a najpowszechniej i najbardziej szczerze mówiąc parówka, złapał covida. W sumie jakbym miała obstawiać kto zrobi to pierwszy z tej nieszczęsnej kadry dziczy (bo nie oszukujmy się w każdej kadrze ktoś to zrobi xd) to chyba obstawiłabym właśnie jego. Nie wiem czemu, ale mam wizję że chodzi taki spryskany perfumami jak przekupka z targu, strojąca się na damę i w życiu nie skalałby swojego zapachu płynem do dezynfekcji rąk.
Pan Tadeusz ze Skijumping. No dobra, to teraz już oficjalnie wysyłamy naszą bohaterkę do szwajcarskiego urzędu czy tam ambasady kraju dziczy w Zurychu i składamy wniosek o zmianę jej imienia na Asia. Choć patrząc na fakt, że Twoje wesołkowate, kochane historyjki zbyt grzeczne z reguły nie są (CYYYYYYYYPR i smarowanie krówci kremikiem, choć krówcia tam akurat naprawdę była jeszcze malutka i grzeczniutka :P) i ja obstawiam, że ona z parówką może tam porobić więcej niż kłótnie i pieczenie pierniczków zakalców (bo jakie inne można upiec z taką zakałą xD), to nie wiem czy nie powinnam się zacząć o Ciebie poważnie martwić. Twoja koleżanka ma na Ciebie wielce... SPECYFICZNY wpływ xD
Te spacerki z Forfisiem modnisiem też mi się dwuznacznie kojarzą. Nie wiem czemu, ale od razu sobie dopisałam, że spacerki we dwoje i po lesie. Może to przez Mańkę, Morgo i buzi, buzi za sosną, a może faktycznie coś jest na rzeczy. Tak czy owak chciałam już pisać, że można dodać Krafcia podglądającego zza krzaka, ale przecież Krafcia nie ma w Engelbergu :c
UsuńNo nic. Czuję, że to będzie złoto, do którego będzie się chciało śmiać, nucić Last Christmas i wracać po latach jak do Cypru. Także pisz, a my z Asikiem będziemy bardzo mocno wspierały!
Koooooocham!